"Grunt to wydostać się z pianki"

Autor. Marek Mróz   Foto. Marek Mróz, Patryk Frankiewicz i Rafał Łakomy

 

Sobotni poranek, naprędce spakowane graty, przygotowana taktyka, nerwowe szukanie okularków, które "diabeł ogonem nakrył", lekkie śniadanie i kawa - tak w skrócie można opisać moje przygotowania do startu w III edycji Sztumskiego Aquathlonu. Impreza organizowana przez LKS Zantyr Sztum, dzięki pracy Seweryna Jażdżewskiego i Arka Piróga nie mogła nie wypalić, choć aura podobnie jak rok temu próbowała nas wystraszyć...

Sztum darzę w pewien sposób sentymentem, cóż prawie 13 lat pracy, w tej małej malowniczej miejscowości zrobiło swoje. Udział w zawodach to okazja do spotkania z dobrymi znajomymi, integracja naszego klubu Grupa Malbork, oraz dobry mocniejszy trening przed sierpniowym EnduroMan. Na zawody wybrali się również kumple z GM ( Arek, Jacek, Maciek i Patryk ), Marcin Waniewski z Waniewski Coaching, Beztlenowi Malbork oraz oczywiście gospodarze ekipa Zantyra.

 

W zawodach gdzie w grę wchodzi dodatkowy żywioł, a w tym przypadku akurat woda, niebagatelnie ważne jest zabezpieczenie zawodników właśnie na tej części trasy. Imprezę obstawiła fachowa ekipa ratowników pod dowództwem Pana Burczyka, czuwali nad naszym bezpieczeństwem z kajaków i skuterów wodnych, czyli w sumie zero strachu :)

Na około godzinę przed startem wiadomo było już, że czeka nas powtórka z rozrywki... zaczęło dość mocno padać, momentami gdzieś w oddali słychać było grzmoty nadciągającej burzy. Przebierając się w aucie, próbowałem ogarnąć jaki ma to sens, skoro i tak zaraz zmokniemy :) niech chociaż nie pada... No i na kwadrans przed przestało. Cóż magia ;) Oczekując na start wysączyliśmy w gronie zaprzyjaźnionych ekip lekką kawę, nie obyło się też bez wspominek oraz planów na dalszą część sezonu.

"Pasja jest absolutnie konieczna do osiągnięcia długotrwałego sukcesu jakiegokolwiek rodzaju" - Donald Trump

Tradycyjne przelanie pianki i oczekiwanie na start, poprzedziłem lokalizowaniem wzrokowym trasy. Przydałyby się trochę większe boje, przynajmniej te główne, bo z poziomu wody w lekko zaparowanych szkiełkach naprawdę ciężko jest je dobrze wypatrzeć. Ruszyliśmy punktualnie o 12:00, zacząłem gdzieś w środku stawki bo mimo trzydziestu kilku osób na starcie, wolałem nie oberwać z łokcia lub co gorsza z pięty ;) W sumie płynęło się dość swobodnie, nawigowałem bardziej na płynących przede mną, trochę zaciekało mi prawe szkło, ale postanowiłem nie poprawiać go już na samym początku. Pierwsze dwie boje były chyba trudniejsze niż reszta trasy pływackiej, było lekko pod falę. Po nawrocie zacząłem kombinować z techniką, bardziej luźno, dłużej, swobodniej. Płynę praktycznie rękoma, nogi robią bardziej za ster...

Mijając trzecią boję obrałem kurs na pomost i hangary, starając się rytmicznie oddychać by złapać trochę luzu przed kolejnym etapem. Na chwilę musiałem jednak zatrzymać się, kiedy na kilkanaście metrów przed brzegiem na skos prawie po mojej głowie przepłynął "ślepy" zawodnik... Pamiętając, że w tym miejscu jest dość głęboko dodryfowałem prawie do brzegu i naciskając lap, wleciałem do strefy zmian. Garmin pokazał 15:12, nie jest źle - choć cały czas miałem wrażenie, że płynę ostatni, a za mną leniwie ciągną się jedynie pewne łatwego posiłku, głodne krokodyle i drapieżne traszki...

Ściąganie pianki poszło o dziwo zdecydowanie szybciej i z ławki oklejonej numerem 023, oderwałem się po 102 sekundach dzierżąc jeszcze w rękach "gamonia" i koszulkę z numerem... Trasę biegową znam chyba aż za dobrze, zaraz po starcie doszła mnie Magda, która mimo, że wyszła z wody za mną to na "demakijażu pływackim" spędziła zdecydowanie miej czasu. Dawaj biegniemy... leć Magda, dla mnie za szybko... ale podświadomie zacząłem trzymać się jej cienia - co  ja nie dam rady ? odezwało się gdzieś w czeluściach męskiego ego...

Pierwszy kilometr 4:30 nie zapowiadał nic dobrego bo drugi zawiera spory podbieg, poszło w 4:41 i udało się nie spuchnąć za bardzo. Kolejne dwa równo po 4:32 i finisz... Monika i Filip z piątką na deptaku i Rafał vel. Salomon, który wpadł postrzelać nam fotki, dodali mocy na końcówkę dystansu. Korespondencyjnie energię przesyłał też Jack, więc trzeba było się sprężyć. Ogólnie z wody zameldowałem się siedemnasty, a na mecie o dwa miejsca lepiej na 36 startujących zawodników.

Foto. Rafał Łakomy - www.fotografiakreatywna.pl

Dodatkową niepisaną rywalizację rozegraliśmy z Marcinem i Patrykiem, założeniem były różnice czasu na mecie. W sumie to oba rozdania wygrał Patryk, zaliczył przejażdżkę na barana u Wani wyposażonego w homonto z koła ratunkowego i stery kierunkowe ze skarpet... u mnie wygrał izotonik taktyczny z podwyższoną zawartością chmielu :) Organizatorzy przygotowali także dla wszystkich uczestników świetny gulasz.

Zdjęcie jest linkiem do pełnej galerii zdjęć

Reasumując Sztumski Aquathlon to bardzo ciekawa, dobrze zorganizowana i w sumie jedyna tego rodzaju impreza w naszej okolicy. Udział w tak specyficznym połączeniu dwóch dyscyplin, to bardzo fajne doświadczenie i w pewnym sensie możliwość przetarcia się przed posmakowaniem pełnego triathlonu. Sztum do organizacji takich zawodów ma wprost idealne miejsce - jezioro i trasa wokół niego. Myślę, że impreza ta ma duże szanse na stanie się nie tylko "wizytówką" regionu, ale i dzięki zaangażowaniu Seweryna i Arka imprezą kultową, która rozwinie się i na kolejną edycję przyciągnie jeszcze więcej śmiałków.

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem