Jedna z imprez biegowych jakie wkalkulowałem w starty kontrolno - treningowe w cyklu przygotowań na ten sezon to Kwidzyński Bieg Papiernika. To już  siódma edycja zawodów, bieg stał się w pewnym sensie imprezą nie tyle mocno masową co wręcz kultową na pomorzu. Sam wziąłem udział we wszystkich jej odsłonach, poza piątą gdzie myślami byłem w zupełnie innym świecie. Ubiegłoroczne zawody w porównaniu do pierwszej odsłony uległy naturalnej ewolucji, mocno rosnąca frekwencja wymusza zmiany organizacyjne i jadąc tym razem, byłem również ciekaw jak będzie to wyglądać w praktyce...

Przygotowania do Tri to główny cel moich działań, wszystko po drodze jest tylko etapem. Analizując plan treningowy na tydzień zawierający w sobie Papiernika, przez chwilę zastanawiałem się czy Suchy może przypadkiem nie zauważył, że w sobotę jest start. Mocne bieganie w czwartek, rower po biegu i dłuuuuugaaaaa zakładka szosowo - biegowa na niedzielę, wywołały naturalny odruch obronny organizmu. Jednak start docelowy jest za kilka tygodni, pomogło to przywrócić chłodne spojrzenie na sytuację taktyczną i pozwolić na popłynięcie z falą.

Dość wczesna pobudka, pakowanie sprzętu i ogarnięcie taktyczne w zakresie zatankowania podzespołów niezbędnym balastem energetycznym rozpoczęło dzień. Po chwili zaginałem już czas i przestrzeń w stronę Kwidzynkowa wraz z Patrykiem, tnąc powietrze jego wolnossącym dolnozaworowym dieslem WrC...

Generalnie wyjazdy mniejszą czy większą paczką zawsze wiążą ze sobą pewnego rodzaju nieprzewidziane sytuacje, a wtedy dobrze jest być na biurze zawodów chwilę wcześniej :) Po odebraniu pakietów startowych - tu ukłon w stronę orgów - fajny sportowy ręcznik to świetny i przydatny gadżet - ruszyliśmy ogarniać się na start. Pogoda na papierniku jest w pewnym sensie całkowicie przewidywalna - zawsze jest gorąco. Decyzja biegu na krótko i wstępnego przetestowania zbroi na triathlonowe starty była oczywista.

Start ze stadionu - chwilowo pominę - rundka "honorowa" by po chwili znaleźć się na asfalcie. Zadanie taktyczne na pierwszy z elementów tego dnia to pobiec dość mocno z rezerwą na popołudniową relaksacyjną szosę w wymiarze 90 minut. Zacząłem spokojnie drepcząc po 4:40 i wypatrując Anety celem zostawienie jej kamerki, w której padła bakteria... Chwila mocy od Ani i Patryka, by za paręset metrów wbiec na płaski odcinek trasy wiodący w okolice IP Kwidzyn. Trasę zawodów znam dość dobrze, więc skupiłem się na złapaniu i kontroli rytmu, piątka spokojnie i piątka szybciej. Trasa wiodąca przez zakład International Paper, to szybki odcinek. Kilka wodnych kurtyn, punkty z wodą na mniej więcej 3, 5 i 7 kilometrze oraz doping pracowników, zdecydowanie pomogły utrzymać zakładane tempo.

Powrotna część gdzieś od szóstego kilometra to bieg na "lewym migaczu", długa prosta w stronę majaczącej na horyzoncie wierzy ciśnień, pierwszym zjazdem na rondzie i zbieg w stronę stadionu. Spora część kibiców na tym odcinku trasy zawsze niesamowicie niesie podwozie, gdzieś przez cały ten dobry zgiełk złapałem power do Moni i Filipa "szczerbatka". Zakręt w stronę bieżni, doping dawno już odpoczywającego na trawce Pawła i zatrzymałem zegar kończąc bieg na fajnym luzie.

Czas po biegu mimo naciskanej lekko w podświadomości czekającej mnie jeszcze szosy, udało się spędzić w gronie starych dobrych przyjaciół, których poznałem stawiając pierwsze kroki w biegowej pasji. Grażynka, Basia, Ania, Krzysiek i Leno - znamy się chyba od zawsze. Dobrze było Was spotkać a przy okazji uzupełnić okienko węglowodanowe pysznym ciastem jakie upiekła Basia.

Bieg ukończyła jak deklarował spiker rekordowa liczba uczestników. Pamiętam te zawody od pierwszej kilkuset osobowej edycji i trochę szkoda, iż w aspekcie rosnącej frekwencji w zawodach... niestety nic się organizacyjnie nie zmieniło. Chodzi tu przede wszystkim o start, pomijając wzbijaną przez naszą wesołą gromadkę chmurę czerwonego pyłu, uważam że przeniesienie startu na ulicę to nie tylko ukłon organizatorów w stronę nas biegaczy, ale również w stronę bezpieczeństwa i atrakcyjności całych zawodów. Mimo tej małej łyżki dziegciu, zawody są zorganizowane perfekcyjnie. Biuro, zaplecze socjalno - gastronomiczne, zabezpieczenie trasy i pozostałe tryby tej żywej maszyny funkcjonują świetnie.

Kolejny papiernik przechodzi do historii. Dla mnie to koniec imprez stricte biegowych w tym sezonie aż do września, bloki startowe obracam już całkowicie w stronę triathlonu. Stawianie sobie wyzwań i sięganie po marzenia zarówno zawodowe jak i sportowe to mój sposób na życie. Cieszę się, że na tej drodze spotykam uśmiechniętych i szczerych przyjaciół, z którymi mam przyjemność dzielić swoją pasję...

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem