"Czterdzieści Rękawic - etap pierwszy..."

Wyjazd na zawody do Ślesina zaczął się tak naprawdę już w czwartek, a może i w środę kiedy to dokupiłem jeszcze jedną zapasową gumę i okularki pływackie. Pomny masy kapci w poprzednim roku i poprawiania co chwilę szkieł na basenie, wolałem mieć rezerwy taktyczne. Faktyczna logistyka to oczywiście wieczorne pakowanie według listy. Cóż w sumie to taki wyjazd na jakby trzy osobne starty i gratów jest naprawdę sporo, jak się to rozłoży w pokoju na podłodze. No dobra - rzekłem omiatając wzrokiem ten mały chaos - miało być po bandzie to będzie....

Droga do miejsca startu drugiego etapu Garmin Iron Triathlon upłynęła w sumie dość szybko. Na ten dzień zaplanowałem również mały rozruch biegowy, w celu rozkręcenia nóg po dłuższej jeździe stalowym dyliżansem. Rekonesans ten skierowałem w stronę jeziora i mostu, pod którym na zawodach prowadzi trasa pływacka i biegowa. Lekkie 3 kilometrowe rozbieganie i kilka luźnych rytmów, i chwila gimnastyki rozciągającej to wszystko co sportowo miało się dziać. Oczywiście udaliśmy się też na mały spacer w pobliże strefy zmian i budującej się już mety i biura zawodów.

Sobotę przeznaczyliśmy na działania standardowe w zakresie przygotowań i po lekkim śniadaniu ruszyliśmy na szosy, celem objazdu trasy. W sumie to kojarzyłem sporą jej część, ale przypomnieć sobie jej szczegóły zdecydowanie warto. Ogólnie trasa jest płaska i szybka, kilka większych zakrętów da się spokojnie polecieć na prędkości, trzeba za to uważać na studzienki i "śpiących" szczególnie w okolicy samego miasteczka.

Zapoznanie z wodą dzień przed startem było kolejną częścią działań jakie przewidzieliśmy na popołudnie. Oczywiście nie obyło się bez małych wygłupów i zabrania ze sobą kamerki, na szybko powstał również mały filmik. Woda świetna i wyjątkowo ciepła, choć miejscami czuło się lodowate wręcz prądy. Nawinęliśmy około 600 - 700 metrów pływania w dość swobodnym tempie.

 

Ogarnięcie biura zawodów to już w pewnym sensie rytuał i taka "gra wstępna", w której podkręcamy poziom przedstartowych emocji. W triathlonie jest to dość rozbudowany zakres działań, bo sprzętu do przygotowania jest sporo. Oklejenie kasku, roweru, buty jedne, buty drugie, pianka numer startowy i czip, wszystko poukładane nie tylko na podłodze, ale częściowo również w głowie. Dobrze że ważniejsza jest wcześniejsza noc, bo pytanie czy wszystko się ma, pojawia się w czeluściach umysłu zdecydowanie często...

Poranna kawa, lekka gimnastyka, spacer w wiadomym kierunku, kilka zdań na bloga, reszta ekipy jeszcze chrapie. Poranek zapowiadał już mniej więcej jakie warunki pogodowe przygotował dla uczestników scenariusz sportowego spektaklu planowanego punktualnie na południe. Git Ślesin to w sumie dwa dystanse 1/8 i 1/4 dystansu IM, popularna ćwiartka startuje jako druga, ósemka 10 minut wcześniej, do 10:30 trzeba było również wstawić sprzęt niezbędny na drugi i trzeci etap do strefy zmian. Dobrze że kumple czuwają, bo wyszedłbym ogarniać się na start wody z kaskiem na głowie...

Pamiętając o doświadczeniach z poprzedniej edycji, na starcie ustawiłem się z lewej strony plaży. W ubiegłym roku zaczynając z końca stawki na pierwszej boi wpadłem w mały korek. Tym razem spodziewałem się również wizyty w triathlonowej pralce, ale z premedytacją zamierzałem wejść gdzieś w ten cały wesoły tłum. Ruszyliśmy, zaczęła się "jazda bez trzymanki", wszędzie ręce i niebieskie głowy. Płynąłem na dwa w prawo, co chwilę obrywając rękoma po rękach, po nogach i po głowie, w głowie kołowały mi się różne myśli ale przewodnia była jedna - jedziesz gościu... sam tu nie jesteś, ogień...

Foto. Ewelina Skrzyńska

Dotarłem od pierwszego nawrotu a tym samym wielkiego niebieskiego korka... żabek :) Wszyscy grzecznie przeszliśmy do stylu horyzontalnego - tu świetna współpraca zawodników i usłyszany tekst "żabka żabka ludzie żabka bo się pozabijamy..." oddaje wszystko co tam się działo. Po nawrocie obraliśmy kurs na most i tym samym nieco się rozluźniło, w naszych pływackich szeregach. Trochę wpadali na mnie płynący o wyraźnych problemach z nawigacją, których grzecznie przepuszczałem. No może poza jednym przypadkiem, kiedy dostałem kilka razy z rzędu strzał po głowie prawym łokciem i dopiero nawinięcie jego właściciela pod lewą kończynę, przemówiło koledze uprawiającego "wodne MMA" do rozsądku. Druga boja, lekko większy łuk i kręcę do brzegu, wolontariusze łapią mnie pod ręce na schody wchodzę na czworakach ... lap 19:01.... no panie, grubo 3.30 szybciej, - polar w zęby i zacząłem ściągać w biegu piankę.

Do strefy zmian prowadził lekki podbieg, zdążyłem ogarnąć się z górą, wbiegłem w swój korytarz zmiany, w której już uwijał się Jacek - Dajesz Marek - poleciało za mną. Dopadłem do szosy i od razu przyjąłem pozycję niską, wyłuskałem nogi z pianki ( oliwka od Jacka bardzo pomogła ) ubrałem też skarpetki i buty. Wstałem. Kask, pasek, rower i lecę.... lap 4.13...

Za belką dosiadłem szosę i ruszyłem kręcąc spokojnie wbrew myślom, które pędziły jak szalone. Czy wszystko zabrałem ? Czy poukładałem w swojej kuwecie czy kogoś innego ? pierwszy zakręt, okulary.... nie zabrałem okularów, zostały w ... butach do biegania :) Cóż , pełne szaleństwo jadę...

Starałem się kontrolować przede wszystkim kadencję i utrzymać ją na granicy 90 - 95. Po paru pierwszych minutach jazdy wciągnąłem żel i popiłem hipotoniczne izo, które wyszło mi chyba lekko za słabe. Piłem średnio co 10 -12 minut, drugi żel po pierwszej pętli, trochę też wzmógł się wiatr. Czasem miałem wrażenie, że to przez pędzące na trasie "pociągi kolarzy" łamiących przepisy i bezceremonialnie draftujących, mimo takiego zakazu oraz zwracanej im przez innych uczestników uwagi. Niestety ja osobiście nie spotkałem na całej trasie żadnego sędziego. Swoją drogą ciekawe ilu takich kolejarzy ma satysfakcję że ukończyli zawody, może nawet zrobili życiówkę ?? Szkoda, że nie ma oficjalnej osobnej klasyfikacji za styl w tym przypadku, było by zabawnie...

 Aby wypełnić ludzkie serce,

wystarczy walka prowadząca ku szczytom...

- Albert Camus

Ostatnie kilka kilometrów, parę zakrętów połączonych z wciągnięciem trzeciego żelu i zatrzymałem się przed linią zsiadając z szosy po 1:24:12. Dobrze - pomyślałem - ale było by lepiej gdybym jednak zdecydował się na lemondkę, a nie "udawał lotopałankę" na każdym odcinku pod wiatr :)

Kolejna zmiana upłynęła mi dość szybko, dobieg.... szukanie swojego wieszaka i to nic, że ktoś już się na nim odwiesił :) zmiana butów, kask na kierę okulary na głowę i szpula... lap 1:51... w garść wziąłem dwie kostki lodu z punktu zaraz za startem, lecę...

Jak na biegowe doświadczenie i otrzaskanie się z prędkościami w jakich się poruszam, popełniłem jednak błąd typowy dla triathlonowych żółtodziobów, jakim jestem. Zacząłem za szybko, bo 4:15 to zdecydowanie nie tempo jakie odpowiadało moim aktualnym możliwościom i dość mocnej "lampie" na niebie. Odruchowo zaciągnąłem ręczny świadomy tego, że taka jazda mogła by skończyć się źle parę kilometrów dalej. Zwolniłem do 5 z groszami, i biegłem szukając luzu w przypominających o sobie czwórkach.

Bieg na nowej trasie w sumie trzech i czwartej niepełnej pętli to ciekawe doświadczenie, trzy razy widzisz metę i masz ochotę tam skręcić zatrzymać się i wejść do basenu z wodą lub od razu do jeziora... Przed pierwszym nawrotem minął mnie Jacek biegnący z naprzeciwka, wiem że coś krzyczał ale co nie pamiętam. Na drugim kole będzie już daleko pomyślałem, - pamiętaj jak mnie dojdziesz na biegu to się ścigamy - ustaliliśmy w sobotę - no dobra to się postaram...

Kolejne okrążenia mijały w miarę równo. Doping kibiców, kurtyna wodna i starszy pan polewający nas wodą z ogrodowego węża, bardzo pomagały. Na trasie była też wspierająca Patryka Ewelina i Michał, krzyczeli na każdej mijance wspierając bezpośrednio system operacyjny. Nie biegło mi się zbyt lekko, choć oddechowo czułem się całkiem dobrze to odzywały się już nogi, a szczególnie czwórki. Zdecydowałem się również na start bez kompresji łydek, co  było bardzo dobrym rozwiązaniem i przetestowanie spodenek na gołe ciało. Jedno jestem pewien - Susz biegnę tak samo a ciuchy Zeroda, zdecydowanie mogę polecić - zero otarć i zero dyskomfortu.

Ostatnie niepełne okrążenie, znów przypominam sobie że to dziesięć i pół a nie dycha, staram się lekko przycisnąć jest ok. Wbiegam na bulwar ostatnia prosta lap 51.42... Tonę w strefie energetycznego zjazdu, zanurzając jednocześnie głowę w basenie z wodą, doskonałe uczucie. Nie liczę ile urwałem z życiówki, na analizy przyjdzie czas, szukam wzrokiem arbuzów i czegoś do picia...

Foto. Ewelina Skrzyńska

Pierwszy start mojego sezonu w ramach wyzwania czterdziestu rękawic przechodzi do historii. 2:41:02 według oficjalnego pomiaru. Cała masa emocji, wrażeń i doświadczeń, które na pewno wykorzystam w dalszych działaniach i realizacji swoich marzeń. Garmin Iron Triathlon w Ślesinie, to zawody w których warto wziąć udział - piękne miejsce, jezioro i "prawie" świetna organizacja, dopełniają kompletności tych zawodów pod każdym względem. Zawody ukończyli też moi kompani z wyjazdu - Patryk Skrzyński i Jacek Manteufel, którym serdecznie gratuluję i dziękuję za maga fajny wspólny wyjazd na te zawody. Pełne wyniki znajdziecie - tutaj.

W całym tym "zamieszaniu" jedną z najważniejszych emocji poza samym startem, jest wsparcie przyjaciół. Otacza mnie grupa wspaniałych ludzi. Postaci dających inspirację, motywację i niesamowitą energię, której czasem naprawdę bardzo potrzeba żeby się nie zatrzymać. Dziękuję Wam za mega pozytywne łącze mocy i cieszę się, że jesteście częścią mojej podróży...

Serdeczności - Marek Mróz

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem