Sezon startów rozpoczął się na dobre, szczególnie w triathlonie gdzie jedno z niezbędnych "wyjątkowo mokrych" środowisk startowych, stwarza odpowiednie warunki do jego realizacji. Poza tri na celownik obrałem również zawody z tej "branży" się wywodzące, będące jednocześnie doskonałą formą treningu. Na pierwszy ogień poleciał Duathlon w Przywidzu, a kolejną imprezą wklejoną w treningowe kombinacje, został Aquathlon organizowany w Braniewie...

Namiar na zawody podsunęli mi El-Aktywni, z nimi też wybrałem się na ten szalony wyjazd. Start zupełnie z marszu, a raczej z treningu gdzie poprzedniego dnia "umierałem" na bieganiu po dwu i półgodzinnej jeździe szosą, nie wróżył nic dobrego. Gdybym traktował go jako podejście typowo startowe, dzień wcześniej na pewno nie pojechał bym tak po bandzie, ale zgodnie z "Szaleństwem jest robić wciąż to samo", w zawody wbiłem się na dość mocnym zmęczeniu trybów operacyjnych.

Oglądając relację z poprzedniej edycji zawodów, zapowiadało się ciekawie. Pływanie w rzece o dość wartkim nurcie i jak się okazało na miejscu w swoistym spa wodnych porostów i roślin wszelakich, to bardzo ciekawe doświadczenie. Szczególnie jak się ma pewnego rodzaju objawy fobii w tym zakresie... Jedno mogę zaręczyć, to najbardziej skuteczna terapia na obawy pływania wśród wodnej roślinności jaką do tej pory zaliczyłem. No i woda - 18 stopni nieco nas zaskoczyła i początek pływania, a przynajmniej przelanie pianek to taka lekka krioterapia :)

Główne zawody, poprzedziły starty dzieciaków w Małym Aquathlonie i w Fun Race. Grupa startująca na dystansie głównym grzecznie żabkując na "linii" startu, oczekiwała na start punktualnie za kwadrans dwunasta. Etap wodny zawodów to ok 750 m pływania, połowę dystansu pod prąd i drugą wraz z nurtem rzeki Pasłęki. Zacząłem spokojnie swoim tempem, pływanie nie jest zdecydowanie konkurencją, w której pomysł na ściganie dla mnie byłby korzystny. Teoretycznie ale i praktycznie zyskać można najmniej a zagotować się jest dość łatwo. Tak więc obserwując bacznie zielone wodorosty i co jakiś czas wyplątując ręce z zagarnianych pod sobą nurzańców dotarłem do drewnianej kładki, rozpoczynając zmianę.

Ogarnięcie się z wody w aquathlonie jest nieco inne niż w Tri, w koszyku czeka jakby trzeci etap - buty, numer, czapeczka tudzież okularki, jednym słowem zaczyna się etap biegowy. W Braniewie dystans ten, to w sumie pięć pętli. Każda z nich to krótka kilometrowa nawijka, zahaczająca o mostek i deptakową mijankę, rozwiązanie które osobiście bardzo lubię. Pozwala nie tylko kontrolować własną pozycję w stawce, ale również współpracować i nakręcać się do wysiłku, wraz ze znajomymi mijanymi na trasie. Część biegu i ostatni dobieg do mety to pętla poprowadzona na stadionie.

Bieg zacząłem spokojnie, pamiętając wrażenia ze Ślesina gdzie "nieco" przypaliłem pierwszy kilometr, tutaj zacząłem poniżej 5 minut. Z każdym kolejnym zakrętem lekko przyciskałem tempo i o dziwo biegło mi się dość dobrze, mimo sporego zmęczenia z poprzedniego dnia, gdzie tuptałem z trudem po sześć z groszami.

Dystans wody ukończony po 16 minutach, dwie kolejne na zmianę i 23 min z groszami spędzone na bieganiu, dały mi 27 miejsce w klasyfikacji open na 47 sklasyfikowanych śmiałków. Gdzie można coś poprawić ? Na pewno w wodzie "męcząc" dalej technikę, mam jeszcze spore rezerwy w tym zakresie. Szczegółowe wyniki zawodów znajdziecie w linku.

Otwarte Mistrzostwa Braniewa w Autahlonie to impreza godna polecenia, szczególnie jeśli szukacie zawodów kameralnych, mająca moim zdaniem bardzo mocne możliwości rozwoju i dobre perspektywy. Zawsze tak jest, kiedy za organizację biorą się ludzie z pasją, którym sport jest namacalnie bliski. Małej "poprawki" wymaga jedynie pomiar czasu w odniesieniu do podsumowań i oczekiwania na wyniki oraz dekorację. Start w Braniewie to kolejny mały kroczek w tym sezonie, podobną imprezą jaką już teraz mogę polecić będzie lipcowy Aquathlon w Sztumie, zawody po bardzo podobnym układzie dystansów ale nieco innym przebiegu trasy.

Reasumując niedzielny start, myślami jestem już w Suszu. Zostało raptem kilkanaście dni do zawodów, jakie obrałem na główny celownik zdarzeń w tym sezonie. Będzie to również drugi etap "czterdziestu rękawic" - spełniania marzeń, pasji oraz celów, w kolejnym etapie przygody zwanej życiem, czego również Wam serdecznie życzę...

Serdeczności - Marek Mróz.

W artykule wykorzystano zdjęcia autorstwa Adriana Rychlewskiego.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem