Foto. Piotr Bucior & Lucjan Chrząstkowski & Tomasz Wrzosek

Moja reakcja na informację, że finał cyklu Garmin Iron Triathlon organizowanego przez LaboSport odbędzie się w Elblągu, była prosta. Zapisałem się jak tylko ruszyła rejestracja. Środek lipca, trzy tygodnie po Suszu, logistycznie blisko i znam teren. Pięknie. Wprost idealnie, żeby dostać dobrą lekcję dostosowywania się do okoliczności...

Finał Garmina, a dokładniej piąte zawody tegorocznej edycji, to zawody na dwóch dystansach 1/4 oraz 1/8 wartości pełnego Ironmana. Warto dodać, że i dla dzieci przewidziano także sportowe atrakcje czyli Garmin Kids. Zawody na dłuższym z dystansów, rozpocząłem dość nietypowo, bo od wizyty w serwisie rowerowym. Pompując rano koła zauważyłem małe zgrubienie na "roboczej części" tylnej gumy, gdzie jak się okazało tkwił kawałek szkła :) Zawsze lubię mieć pewien komfort czasu, między innym na takie sytuacje i zdecydowanie się to przydaje.

W rzece Elbląg, mylnie nazywanej często kanałem, pływałem już rok temu na zawodach Enduroman. To specyficzne miejsce. Woda ma ciekawy bagienny posmak, a otoczenie pozwala całkowicie "wyleczyć" się z fobii wpadania w wodorosty. Trasa poprowadzona dodatkowo pod mostem a także wzdłuż bulwaru, to również bardzo atrakcyjne rozwiązanie dla kibiców, szukających swoich neoprenowych bliskich. Na starcie dryfując gdzieś z tyłu stawki przecierałem jeszcze lekko parujące okulary, by za chwilę ruszyć wśród - jak to określił jeden z obserwujących z brzegu start kolegów - stada delfinów.

Nie było jakoś szczególnie ciasno, ale częstotliwość wpadania na współtowarzyszy była zdecydowanie wyższa, niż w moich poprzednich startach. Płynęło  mi się ciężko, od poprzednich zawodów praktycznie tylko raz wszedłem do wody. Luźniejszy tydzień po Suszu i drugi dodatkowy na łajbie bez treningów, musiały dać o sobie znać. Organizm zdecydowanie szybko przyzwyczaja się do laby, a mój osobisty jest w tym wręcz profesjonalistą :) Na pływający trap wygramoliłem się bagatela, dwie minuty później niż zakładałem, przygotowując rozpiskę czasów Piotrowi. Krótki dobieg do strefy, zamotanie się z rzepem pianki, by w końcu dopaść do wieszaka z numerem 99. Standardowe przyziemienie siedzenia po zdjęciu dolnej części neporenu, wyszło mi chyba najszybciej. Kask okulary, rower i ruszyłem w stronę czekającego na szosę odcinka trasy kolarskiej.

Początek i koniec tego etapu to średnio wygodny i wytrząsający co niektórym oprócz bidonów resztki wątpliwości odcinek trasy. Po minięciu Bramy Piekarczyka zaczynał się świetny asfalt, znajdował się tam także nawrót mojego dystansu. Trasa praktycznie płaska i wydaje mi się, że aż do Jagodna było pod wiatr. To trochę złudne, bo przecież na szosie jakby nie jechać to wieje "wmordewind". Standardowe picie co około 10 minut i 3 żele, w tym jeden jako paliwo na bieg to pewien schemat, który dobrze mi pasuje na ten dystans.

Jadąc dość żwawo praktycznie cały czas mijałem innych kolarzy, no może poza paroma "pociągami", które minęły mnie i część jadących zgodnie z przepisami zakazującymi draftingu zawodników. Jedno takie pendolino, długie na jakieś 20 może 30 "wiszących na kole parówek", mijał również sędzia niestety bez żadnej reakcji... Zastanawiam się jaką satysfakcję mają ci ludzie "z żelaza", z oszustwa i do tego przede wszystkim oszustwa samych siebie ???

Osobne i mega pozytywne zdanie należy się za to ludziom, którym mimo awarii sprzętu czy innych pojawiających się znienacka nieplanowanych zdarzeń, ukończyli zawody. Podejmując walkę z własnym wyzwaniem, pokonujemy siebie, oto właśnie chodzi w naszej pasji. W pewnych okolicznościach wymaga to niesamowitej determinacji i hartu ducha. W Elblągu wystartowała też duża grupa moich przyjaciół, którzy przygotowywali się do zawodów w ramach akcji #JestemGIT. Szacunek dla Was, wykonaliście kawał dobrej roboty, cieszę się że mogłem w niej po części uczestniczyć.

Rower nawinąłem zgodnie z zapisanym na kartce mojego biurowego suportu czasem, dwa razy po 40 min powinienem być na mecie drugiego etapu. Poślizg rzędu minuty był do przyjęcia, uwzględniając fakt startu oraz końcówki trasy po ekstremalnej kostce :)

zdjęcie jest linkiem do galerii www.fotografia.elblag.pl

Trasa biegu to cztery pętle, poprowadzone częściowo starówką miasta i odcinkiem jednej z głównych arterii miasta. Bieganie to teoretycznie moja najmocniejsza konkurencja. Uwzględniając jednak aktualne samopoczucie i średnio komfortową nawierzchnię zweryfikowałem tempo. Na pierwszym kole, czekało na mnie trochę walki z czwórkami, próbującymi kombinować coś na kształt skurczy. Na biegu panowała niesamowita atmosfera, świetny doping kibiców i lekkie zdziwienie, że zna mnie tutaj aż tyle osób. Fantastyczny support trzasnął też Arek, biegnąc ze mną kawałek trasy i bezpośrednio motywując, do depnięcia trochę w podrdzewiałe zawory.

Lubię biegać na pętlach o podobnej długości. To nie tylko doskonały trening dla psychiki, ale również możliwość bardziej bezpośredniej rywalizacji i wzajemnego wsparcia wśród uczestników. To także doskonałe pole motywacji od bezpośrednio dopingujących przyjaciół.

Przetasowując się gdzieś w środku stawki, całej tej świetnej zabawy jaką jest triathlon, trzeba cały czas być czujnym. Pamiętać, że ten sport bardzo konsekwentnie nie wybacza błędów. Zawody w Elblągu były wymagające, to dobra lekcja nie tylko pokory ale i motywacji do dalszej pracy. Z zakładanego złamania 2:40 wyszedł mi start podobny jak w Ślesinie, na pościganie się z wiatrem przyjdzie jeszcze czas. Dziękuję całej mojej ekipie asekurującej i inspirującej mnie z różnych stron. Jesteście czystą formą energii, taką prywatną dozwoloną formą dopingu.Ostatnim triathlonowym wyzwaniem jakie postawiłem sobie w tym roku będzie połówka w Przechlewie, tam zakończę też swoje czterdzieści rękawic. Tam też podejmę decyzję co dalej, bo przecież szaleństwem jest robić wciąż to samo...

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem