Foto. Piotr Bucior i Marek Mróz

Dokładnie nie pamiętam kiedy pierwszy raz wystartowałem w zawodach w Elblągu, chyba był to półmaraton El-Bażant, ładne kilka lat temu. Wtedy to poznałem kilka osób, legalnie rozprowadzających w tym mieście sportowe uzależnienie od wysiłku. Z upływem czasu spotykałem kolejnych fantastycznych ludzi i posmakowałem również górskich uroków tamtejszej Bażantarni. Choć od pewnego czasu "działam solo", współpraca z elbląską ekipą robiącą niesamowicie pozytywne rzeczy, daje ogromne ilości dobrej energii i wzbogaca życie nie tylko w strefie pasji...

 

Enduro Man Elbląg jest jedyną w swoim rodzaju inicjatywą zainicjowaną przez El - Aktywnych. Odmienna od triathlonu forma jego realizacji oraz ekstremalne dystanse i trasy to esencja tej imprezy. Takie jest właśnie przesłanie tego ewentu - poczuj że żyjesz, pokochaj swoje serce i sprawdź na co cię stać.

Choć w tym roku EnduroMan z racji organizacji w Elblągu finału triathlonowego cyklu Gamina, odbył się w skróconej o jazdę na rowerze wersji, jego przesłanie pozostało to samo. To bardzo dobrze i cytując tu Tadeusza Sznazę - "to doskonale pokazuje, że obie imprezy mogą istnieć razem" - pozwolę sobie pójść o krok dalej. Obie imprezy wzajemnie się uzupełniają i świetnie wypełniają letni kalendarz imprez, jednocześnie kapitalnie wykorzystując zaplecze, jakim dysponuje to miasto.

 

W tym roku z racji logistycznych zawirowań wziąłem udział tylko w jednej z dwóch konkurencji. Odpuszczając bieganie po trasie bażantarni z legendarną już wspinaczką na belweder, zaplanowałem udział tylko w dystansie pływackim. Wybór padł na etap dwu i pół kilometra trasy, choć nie ukrywam że korciło mnie polecieć po bandzie... Pamiętny skurczy jakie dopadły mnie na trzecim z czterech okrążeń rok temu oraz planu jaki założyłem sobie do wykonania w tym sezonie, postanowiłem za dużo nie kombinować. Poza tym nad pływaniem muszę jeszcze mimo sporej poprawy wiele popracować, no i ta myśl pod koniec dystansu - jak by to było jakbym kończył 3.8 km i za chwilę miał do przejechania 180 kolejnych szosą a potem maraton... To chyba jakiś żart...

 

Do etapu wodnego podszedłem na spokojnie. Po starcie poprzedniego dnia w Sztumskim Aquathlonie, za radą Marcina zdecydowałem popłynąć luźno i spokojnie. Mając jeszcze w pamięci wodną walkę kilka tygodni wcześniej w rozgrywanym tu odcinku triathlonu, była to zdecydowanie dobra taktyka. Reorganizacja startu wszystkich dystansów razem, to również dobry pomysł przy kameralnej obsadzie zawodów.

Cztery pętle pływania pomiędzy mostem niskim a wysokim - choć do dziś nie pamiętam, który to który - wydawały się nie do ogarnięcia na raz. Przyjemnie ciepła, o charakterystycznym posmaku woda w rzece i dryfujące poniekąd szuwary, dodawały całości swoistego klimatu. Rozbawiły mnie poniekąd dyskusje o wodzie i poziomie jej czystości. To, że czasem pod mostem trzeba ominąć dryfujący konar to coś złego ? To, że średnio w niej widać podwodne niespodzianki to problem ? Życie potrafi zaskakiwać nas o wiele większymi niespodziankami, grunt to poradzić sobie z nimi, nigdy się nie poddawać i cały czas poruszać się do przodu.

Mam wrażenie, że każdą z pętli płynęło mi się szybciej. Nie obyło się także bez ominięcia dwa razy "wodnej maty pomiarowej". Zupełnie zapomniałem, że każdą z pętli mam przepływać obok pomostu :) Cały dystans wiosłowałem starając się trzymać dobry kurs i oddychać na obie strony. Końcówka lekko szybciej, wpieranie "wychwytem" na pomost i stop. 59:13 dało mi miejsce co prawda trzecie od końca, ale urwałem ponad 13 minut od czasu z ubiegłego roku, a dokładnie o to chodziło. Jest nad czym pracować przez jesień i zimę, problem zostanie rozłożony na czynniki pierwsze w Grupie Wodnej, by pomału poskładać to wszystko jak należy.

Choć generalnie unikam "rozsypywania za dużo cukru pod nogi", szczególnie przyjaciołom takim jakimi są dla mnie ludzie tworzący zespół El-Aktywnych, to w tym przypadku bez namysłu otwieram beczkę miodu wysokiej klasy. Społeczna praca, wzajemna inspiracja oraz bezinteresowna pomoc i fantastyczne relacje łączące ten zespół udzielają się łatwo. Tak to właśnie powinno wyglądać. Elbląg ma niesamowite szczęście, że wśród swoich mieszkańców ma ludzi o wielkiej pasji, ludzi którzy poprzez swoje działania genialnie wzbogacają to miasto o najcenniejszy skarb. Dzieląc się swoją pasją, zaszczepiają nie tylko sportowego bakcyla i dbanie o zdrowie wśród mieszkańców, ale także świetnie promują miejsce w którym żyją...

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem