Pierwszy start sezonu zawsze budzi masę emocji. Zawody rozpoczynające cykl Triathlon Energy w Gniewinie, nie były pod tym względem wyjątkiem. Począwszy od porannej pobudki z kurami, poprzez układanie sprzętu na drugi i trzeci etap w koszyku poniżej zawieszonej na stojaku szosy, na rozważaniu jak długi i stromy jest  legendarny podjazd na zbiornik kończąc. Czy wszystko zagra jak należy, czy niczego nie zapomniałem ? Te i wiele innych pytań, było tego dnia niczym w starciu z rzeczywistością - koszulki z3r0da w rozmiarze eM, nie da się oszukać...

Do Gniewina wybraliśmy się jeśli można to tak nazwać, na raty. Ścieżkę przetarł dzień wcześniej kolega z Teamu  El- Aktywnych - Tadeusz, zjawił się też główny motor TriWiatraków - Krzysiek, no i Dawid reprezentujący TriNegu, który "obiecał wjechać górkę" dwa razy na dużym blacie ;) Moja przygoda z racji niewielkiej odległości i czynnego w dniu startu biura, rozpoczęła się skoro świt, od spaceru z walizkami w stronę mechanicznego dyliżansu.

Pogoda wpasowała się wprost idealnie w pierwsze zawody cyklu Energa, a krystalicznie czysta woda jeziora Żarnowieckiego wydawała się zdecydowanie cieplejsza, niż wskazywała na to rzeczywistość. Chyba najbardziej obawiałem się tego etapu, mimo sporej ilości zaliczonych od ubiegłego sezonu basenów i zdecydowanej poprawy sposobu poruszania się w cieczy, tak czy owak miała to być moja pierwsza woda otwarta w tym sezonie. Cóż, życie...

Gniewino było wyjątkowe pod jeszcze jednym względem. Tylko tego dnia, jeden człowiek był w dwóch miejscach naraz. Zarówno na trasie zawodów jaki i na spikerce przewijało się to samo imię i nazwisko. Swoją drogą to byłem bardzo ciekaw jak Marek Mróz - Konferansjer Sportowy, poradzi sobie z tą niecodzienną sytuacją. A jak gdzieś z tłumu padło stwierdzenie, to w sumie jesteśmy nawet trochę podobni, coś jak Flip i Flap :)

950 metrów wody, 45 kilometrów roweru i kolejne 10.5 biegu, to nie taka sobie bułka z masłem. Start z wody po pas i pierwsze paręset metrów dobrze zapamiętam. Lekka pralka, parę osób o wyjątkowych problemach z nawigacją i ogólne spięcie podzespołów. Za nic w świecie nie potrafiłem się rozluźnić w wodzie, styl bardziej przypominający walkę o przetrwanie, towarzyszył mi aż do początków wypłycenia. Kilkadziesiąt kroków po kamiennym dnie pozwoliło zdjąć spokojnie górę pianki i dość gładko wejść, a właściwie wpiąć się w najprzyjemniejszy tego dnia etap, szosę.

Początek roweru to walka o odzyskanie "równowagi" i ogarnięcie na chłodno sytuacji. Wszystko mam, kręcę. Trzeba coś wypić i trzeba zjeść żel, no i gdzieś zaraz będzie pod górę. Podjazd, na którym wprowadzono nawet dodatkową klasyfikację Hill Hero ( czas najszybszego wjazdu o nachyleniu 8 % i długości około 2 km ), łagodził wszystkie obyczaje. Grzecznie, na maksymalnie niskich przełożeniach, częściowo na stojąco kręciliśmy pod górkę. No może poza kilkoma prosami i wspomnianym wcześniej Dawidem, którzy to nawet nie poczuli 110 metrów różnicy poziomów.

Duża część trasy kolarskiej, to płaskie malownicze odcinki oraz kilka mocnych zjazdów. W sumie mega sprawa, wymagająca trasa, na której musisz używać pełnego zakresu kasety. Nie bez znaczenia było też dobre zabezpieczenie dróg oraz świetna praca sędziów, grzecznie zatrzymujących na regulaminową karę draftujące "parówki".

Na bieganie zszedłem z przekonaniem, że zaraz zatrzymam się gdzieś na poboczu. Od końcówki pierwszej pętli roweru mój prywatny "bęben" przestał wchłaniać paliwo, a systematyczne dolewanie płynów, nie było zbyt wygodnym rozwiązaniem. O dziwo, udało mi się dreptać w miarę przyzwoicie i jak na aktualną dyspozycję, pokonać ciągiem całe dwie pętle biegu. Trasa z pozoru prosta, okazała się lekko zakamuflowanym podbiegiem, któremu walorów zdrowotnych dodawały skąpane w słońcu odcinki gorącego asfaltu. Nic dodać nic ująć, było po prostu świetnie.

Wyrazy uznania należą się również organizatorom imprezy, oraz wszechobecnym wolontariuszom. Zbudowali świetnie funkcjonujący system działania. Praktyczny, prosty i bardzo widowiskowy, a przy tym poprawnie zabezpieczony na wszystkich etapach. Całość podkręcał również dobry muzyczny beat i konferansjerka w najlepszym wydaniu.

Pasja to wolność. Swoboda czasu, umysłu i działań. Triathlon ma w sobie każdą z części tej układanki, szczególnie przy amatorskim podejściu do tematu. Dla mnie start, który o mały włos na własne życzenie bym odpuścił, okazał się ważnym trybem w ostatnio porządkowanej układance. Dziękuję całej ekipie mocy, wspierającej moje podzespoły tego dnia. Szczególnie Tadeuszowi, który dopiął ostatni guzik tego startu, zajmując przy okazji II miejsce w kategorii oraz Zygmuntowi za zapewnienie świetnego supportu i zdjęcia.

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem