... na luźnym zawieszeniu ...

Autor. Marek Mróz    Foto. Aleksandra Łakomy i Marek Mróz

Na start w jesiennym gdańskim półmaratonie zdecydowałem się, gdy tylko usłyszałem o planach tej imprezy i gdy ruszyły zapisy wskoczyłem na jej pokład. Z sentymentem wspominam czasy, gdy w Noc Świętojańską w ramach Gdyńskiego cyklu imprez GP można było śmignąć połówkę w trójmieście. Lubię ten dystans, a jesienią można pokusić się o mocniejsze tempo i trochę powalczyć. Tym razem nie mogło być inaczej...

Mój start w Gdańskim Półmaratonie stanął jednak pod znakiem zapytania, gdy dwa tygodnie wcześniej  a niespełna dwa dni przed startem w Maratonie Bieszczadzkim, klasycznie wszedłem w jedną na przestrzeni zasięgu wzroku dziurę w asfalcie... wysypały się klocki, telefony, klucze, coś trzasnęło... pozamiatane pomyślałem obserwując asfalt z odległości centymetra z kawałkiem... Skręcenie kostki nie okazało się jednak zbyt poważne, spuchła ale nie pojawił się krwiak. O bieganiu 53 kilometrów po górach, nie było jednak mowy i zdecydowałem się pobiec 14 kilometrów w ramach Ćwierć Maratonu Bieszczadzkiego razem z moim kompanem Jackiem Krawczyńskim. Po zawodach zrobiłem kilka dni pauzy, lekko rower, okłady lodem i maść z arniką, zabiegi te miały stać się panaceum na otrzymanie szansy startu.

Kilka dni przed samą imprezą, zainteresował mnie wpis na necie... odbiór pakietów tylko w sobotę. Zaraz zaraz, przecież bieg jest w niedzielę ?? Cóż, tak to jest jak się regulamin tylko odhacza... Z pomocą przyszedł Patryk, odebrał pakiet Rafała vel. Salomona i mój. Udało się jadę, sobotę miałem tak skonstruowaną zadaniowo, że choćbym nabył umiejętność teleportacji, sam nie dał bym rady odebrać pakietu. Tydzień biegania przed startem poświęciłem tylko na lekkie tupanko w tlenie, uważając na nogę, co by nie poprawić. Z mocniejszego biegu postanowiłem jednak zrezygnować, tym bardziej, że moje podwozie nie dokuczało mi tylko z lewej strony.

6:13, dwie kanapki z białym serem, pomidor i banan, lekka kawa z mlekiem. Jadę. Po szybkim pitstopie zabraniu na pokład mojego zawodowego wspólnika Piotra, ruszyliśmy w kierunku serca imprezy - Hali Amber Expo z widokiem na Gdański Stadion :) Na miejscu spotkałem serdecznych znajomych - szalone rodzeństwo Tri Wiatraków Kasię i Krzyśka, Agę MTB, Basię i Lena, Marka, Adama, Zwola, Waldka, Darka, Ogiego i Jurka. Znalazła się również ekipa Grupy Malbork - Ola, Patryk, Rafał i Wojtek. W centrum imprezy zorganizowaliśmy małe biuro dowodzenia, Piotr miał śledzić bieg przez moje endo na kompie... dodatkowo miałem zapewnione wsparcie od szykujących się na start w minimaratonie w Lesznowoli - Tinę i Jacka. Mimowolnie zacząłem kombinować jak pobiec...?? pogoda w sumie idealna.. tylko czy zawieszenie wytrzyma ???

Stanąłem grzecznie, jak już kilka razy w tym roku za balonikami na złoty czterdzieści... poprawiłem sznurowadła, kilka zdań z Wojtkiem, żółwik. Odpaliłem play listę "trail run" w telefonie, uruchomiłem wstępnie endo. Ruszyliśmy, nie pamiętałem za bardzo trasy, kojarzyłem tylko, że będziemy dużo skręcać w prawo. Biegłem spokojnie, badając komfort lądowania na śródstopiu, którym to sposobem od wiosny kombinuję tupać. Nogi już w sumie przywykły, ale muszę jeszcze pamiętać, co by nie szlifować zbytnio piętami podłoża. Niby wszystko było ok, średnia 4:40... lecę, a przynajmniej zobaczę ile wytrzymam, pomyślałem. Pomny pojawiających się znienacka dziur w asfalcie, starałem się uważać pod nogi i trzymać bezpieczny odstęp od biegnących przede mną. Po dwóch kilometrach było już w miarę luźno i można było biec dość swobodnie.

Pierwsze 3 kilometry minęły szybko. Zorientowałem się że jestem na równi z prowadzącymi grupę pacemakerami a ponieważ mam zaufanie do swojego wewnętrznego chronometru, postanowiłem im lekko zwiewać... pilnowałem kroku, bioder i oddechu. Tętno o dziwo jeszcze nie weszło na maksymalne obroty, lecę. Początkowy odcinek trasy obfitował w zakręty oraz mosty a co za tym idzie podbiegi. Skracając krok starałem się nie tracić prędkości a na zbiegach zbytnio nie przyspieszać, mocno się rozluźniać i wymieniać zalegające w moim zardzewiałym gaźniku powietrze. Biegło się nadal na granicy komfortu, nie było lekko ale też nic mi nie dokuczało. Postanowiłem trzymać to tempo i łamać 1:40.

Pierwszy punkt odżywczy, jeden kubek, zimny izotonik, dwa małe łyki, trochę bałem się o gardło. Wybiegliśmy na długą prostą prowadzącą w stronę Oliwy. Widząc przed sobą całkiem zgrabny kształt poruszający się moim tempem, założyłem "sztywny hol" i leciałem na kole, no żeby nie było dając również kilka zmian pod wiatr ;) Tempo nie spadało, pojawiały się różnice paru sekund na kolejnych kaemach. Nogi ok, choć kilka razy lekko poczułem lewą łydkę. Pogoda jak wspomniałem była idealna, kilka stopni na plusie, lekkie słoneczko, wiatr się uspokoił.

Na zakręcie "nawrotowym" w Oliwie, ujrzałem znajome twarze i zacząłem się odruchowo drzeć - Grażynka z Heniem dopingowali nas również zdzierając swoje gardła a i za mną  poleciało kilka okrzyków, to wspaniali ludzie dodają masę mocy, serdeczności. W uszach słyszę znajome wsparcie, hu hu ha hu hu ha, biegnę otacza mnie moc, jestem tu sam ale mam mega wsparcie. Nie zwolnię, nie dziś, moc, ogień, magia...

Na 10 i 15 km, popiłem w biegu po pół kubka rozcieńczonego izo, nic nie zabrałem na bieg oprócz sprawdzonego dzień wcześniej na wadze łazienkowej balastu o wadze około 4 kg, cóż się nazbierało trzeba spalić :) W okolicy 16 - 17 km poczułem pierwsze objawy zmęczenia, ale nie zwalniałem. Planowałem polecieć dłuższy finisz, zacząć 2 - 3 km do mety, ale czułem już że nie będzie z czego. Leciałem na oparach glikogenu... Trochę "uciekały" również kilometry, moje gepeesy pikały równo a oznakowania zawsze pojawiały się jakieś 200 - 300 metrów dalej. Lekko mnie to rozpraszało. Jak się okazało dystans jednak "wyrównano" pomiędzy 19 a 20 km było jakieś 600 m... cóż atest być musi. ;) Spadek mocy obrazuje poniższy screen, zabrakło miodu z benzyną, w normalnym układzie powinienem przycisnąć zegar do 4:20 - 4:00... jest nad czym popracować ;)

Ostatnie półtora kilometra to podbieg, chyba 6 lub 7 na całej trasie, zbiegając z wiaduktu spojrzałem na most szukając balonów i podwiązanych do nich zajęcy, chyba jednak zaczęli za szybko... Biegłem w stronę stadionu, analizując z której strony wbiegniemy na halę Expo i jak to jeszcze daleko... Finisz na hali to świetny pomysł, wręcz rewelacyjne rozwiązanie. Fajnie rozwiązana droga z mety wprost do wodopoju i na masaż. Fajnie ulokowane trybuny dla kibiców, telebim, super sprawa. Z balkonu usłyszałem znajomy głos. Piotr trzaskał fotki a jego pierwsze słowa, jak zobaczył mnie z bliska rozwaliły po prostu cały system... CO JESTEŚ TAKI MOKRY ? PADAŁO ?? zapytał...

Pamiątkowe fotki z mety, chwila odpoczynku. Idąc do dyliżansu w kwestii przebrania się, kiedy organizm ostygł, poczułem lewe zawieszenie. Obawiałem się tego, kostka jednak nie wytrzymała do końca... Czasem endorfiny zagłuszają czucie i chyba lekko przesadziłem, trzeba odpocząć i skończyć już sezon. Czytam w aucie sms 1:39:25, wybieram łącze mocy, naciskam prześlij dalej, siadam na tylnej kanapie, pojawiają się skurcze uda... Nie mogę sam się ogarnąć, pomaga Piotr, Rafał i Patryk, skórcz pomału mija. Przebieram się, lekkie wygłupy do fotek na stronę GM i Pasję, analiza wyników na szybko, kolejna świetna impreza za nami. Wracamy jeszcze na chwilę na Expo, mlasnąć małe co nieco...

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem