Zawody oryginalnego - trzydniowego triathlonu w Elblągu zbliżają się wielkimi krokami, zostało kilka dni do startu imprezy, którą zainaugurują piątkowe zmagania pływackie na elbląskim kanale. Wyprzedzając niepewnie horyzont zdarzeń postanowiłem przyzwyczaić nogi oraz szosę do czekających mnie tydzień później 100 kilometrów trasy, którą tydzień wcześniej nagraliśmy kamerą aby ukazać uczestnikom i kibicom co nas czeka. Po zalogowaniu się w "drzemiącej" jeszcze bazie rebeliantów, ruszyłem na spotkanie z jednym z dwóch "górskich" etapów szykowanego dla nas przez El-Aktywnych ewentu.

 

Trening rozpoczęliśmy od spotkania na Modrzewinie - gdzie na szczycie al. Jana Pawła II znajduje się start etapu kolarskiego i po małej odprawie taktycznej podzielni na dwie grupy ruszyliśmy na trasę. Początkowy odcinek zawodów - to pętla, którą będziemy pokonywać w zależności od wybranego dystansu raz, dwa lub cztery, pojechaliśmy nią w dół lekko rozgrzewając zaspane jeszcze podzespoły. Odcinek prowadzący do głównej drogi, wspomniana aleja i ul. Kwiatkowskiego to w zasadzie długi zjazd, ma to duży plus poza tym, że wracając trzeba będzie się trochę zmęczyć :) Po dotarciu do taktycznego zakrętu w prawo w ul. Mazurską prowadzącą w kierunku Tolkmicka skupiłem się na tempie. Jakieś 5 - 6 kilometrów prowadziłem grupę, kręciłem w okolicach umówionych 30 - 32 km/h. Początek tego etapu to płaski i trochę nieciekawy dla kół szosy fragment trasy, sporo łat w asfalcie i kilka dziur wymuszało wzmożoną uwagę, na szczęście to tylko mały fragment - pozostała część to bardzo dobra nawierzchnia.

Po kilku mniejszych wzniesieniach dotarliśmy do pierwszego z dwóch dużych zjazdów - Nadbrzeże - Bogdaniec. Grzecznie położyłem się na lemondce i pozwoliłem sobie na chwilę zerowej kadencji. Było szybko na granicy 70 km/h... co na rowerze wywoływało odruchowe szukanie klamkomanetek...

 

Kolejny etap to spory podjazd zaraz za Suchaczem i kolejny zjazd w stronę Kadyn. Bardzo charakterystyczny, z kilkoma ciasnymi zakrętami, umożliwiający jednak dość swobodną zabawę z grawitacją. Niedaleko za końcem zjazdu trzeba jednak zwolnić, są tam dwie pozostałości przejazdów kolejowych pokryte kostką, a to dla szosowych opon i zawartego w nich ciśnienia to niezbyt ciekawa perspektywa. Wykres wzniesień obrazuje poniższy zrzut z endomondo, jak widać mimo panującego w okolicy "poziomu" morza, wspinaczka na około 90 metrów w górę, czeka nas kilkakrotnie. Do takiej jazdy trzeba "mieć nogę" ,trochę zostałem za pierwszą, zebraliśmy się do kupy w drodze powrotnej, przed pierwszym za Kadynami podjazdem oraz na szczycie drugiego.

W drodze powrotnej postanowiłem jeszcze raz przejechać agrafkę z pierwszego etapu. Mimo lekkiego wzniesienie można ją zdecydowanie poczuć w czworogłowych, jest to co prawda łagodny ale dość długi podjazd. Sytuacja taka od razu włącza analizę - będzie jeszcze raz, a dzień później 25 km krosu po Bażantarni i 5 x belweder... no to się lekko ugotuję - pomyślałem :) Muszę też lekko skorygować ustawienia szosy, z którymi wciąż "walczę" szukając komfortowej pozycji na długie dystanse.

Start w Enduro Man traktuję dwojako, po pierwsze będzie to udział w trybie "swimbikerun4fun", choć pewnie nie raz szczególnie w bażantarni i na szosie, trzeba będzie (jakby to nie miało zabrzmieć) spiąć ostro pośladki. Ten start ma mi również dać wiedzę na temat rodzaju reakcji mojego organizmu, wystawionego w dość krótkim okresie czasu na trzy sportowe  bodźce, od których w pewnym sensie jestem uzależniony. W przyszłym roku marzy mi się pokonać je kompleksowo jednego dnia, czyli ogarnąć tzw. triathlonową połówkę, co choć może wydawać się z założenia proste, zdecydowanie takie nie jest.

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem