Choć ostatnio występujące anomalie pogodowe zapewne nikogo już  zbytnio nie dziwią, to wyjście na trening niejednokrotnie zaczyna się od cebulkowej zagadki, jak ubrać się tym razem ? Ile warstw, jakiej grubości i czy w ogóle wyjść z pod ciepłej kołderki, koca lub oderwać się od gorącej herbatki z imbirem ? Moje obawy rozwiał ostatnio jeden widok dający nie tyle do myślenia, co plus 13 do motywacji. Kiedy lecieliśmy mechanicznym dyliżansem na weekendowy basen prószył śnieg, a dwóch kolesi jak gdyby nigdy nic, cięło zamarznięte na kość powietrze szosami... Można ? Ano, można...

Mijające trzy tygodnie w kwestii sportowej poświęciłem na "wejście" w trening, czas bowiem tyka swoim stałym rytmem, a 70.3 mile Suskiego wyzwania same się nie zrobią. Zakręt w stronę Tri oprócz wszechstronności, której jestem zdecydowanym zwolennikiem, to również dodatkowa możliwość regulacji i "ucieczki" z warunków powodujących czasami zamarzanie wyrazu twarzy. Basen, trenażer, czy siłownia to tylko podstawowe możliwości, dla każdego coś miłego, kwestia odpowiedniego spięcia poszczególnych ogniw dnia w sensowny łańcuch działań. Tym bardziej przy typowym amatorskim podejściu, taka koncepcja bynajmniej u mnie sprawdza się doskonale.

Bazując na sprawdzonych metodach wykorzystujących naklatkowy pomiar pracy pompy i wsłuchanie się w sygnały wysyłane przez własną biomaszynę, skupiłem się przede wszystkim na rozruszaniu mojego przeładowanego węglem podrdzewiałego "wagonu z golonką". Spokojne wybiegania w pierwszym zakresie intensywności, w większości odbywały się na zasadzie zaciągania hamulca ręcznego, wolniej wolniej coraz wolniej... Do całości dołożyłem także rower, a dokładniej wpiętą w trenażer szosę, oraz basen gdzie z braku miejscowego laku kombinować trzeba było najwięcej. Ogólnie układ rozruchowy wyglądał mniej więcej tak w perspektywie trzech tygodni, że zajął mi 21 jednostek treningowych przy 4 dniach wolnych. Biegowo nakulało się 14 modułów, 5 razy pokręciłem szosą wpiętą w trenażer i dwa razy przegarnąłem z grubsza basen. W całość wpięły się też w sumie cztery zakładki - bieg rower oraz bieg woda, kolejność co prawda nie odpowiada założeniom startowym, ale na razie połączenie to miało inny cel. Generalnie działania te nie licząc aspektów towarzyszących, zajęły mi około 19 dobrze wykorzystanych godzin :)

Podsumowując okres rozruchu, wybrałem się z kolegami z Teamu Beztlenowi Malbork, na mały cross połączony z Morsowaniem. Poranne mroźne powietrze, pofałdowana lekka trasa i świeża morska bryza, to wszystko co potrzeba by łatwo i przyjemnie nacisnąć reset we własnym systemie operacyjnym. Wybór padł na Jantar. Polecieliśmy leśnym duktem w stronę Stegny, by wrócić plażą, na której to dwóch Beztlenowych przeszło do działań z pogranicza krioterapii. Od samego patrzenia zrobiło mi się zimno, chociaż już w życiu właziłem "pod lód". Nie można oczywiście było później obejść się bez gorącej herbaty z cytrynką... Jednym słowem mega, takie kilkuosobowe spontaniczne wypady, to dodatkowa garść motywacji, śmiechu i realizacji marzeń w gronie osób podobnie uzależnionych od endorfin :)

Nadchodzący tydzień objętościowo będzie lekko mniejszy, by całość zakończyć niedzielnym detoxem na wyjeździe integracyjnym organizowanym przez moich przyjaciół z pod znaku El-Aktywnych. Taki dodatkowy chillout, zdecydowanie przyda mi się przed czekającym mnie podkręcaniem śruby w kolejnym mikrocyklu. Do godziny zero zostały 24 tygodnie, to i dużo i mało, dlatego każdy dzień trzeba mega konstruktywnie wykorzystać, czego Wszystkim życzę :)

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem