Triathlon staje się coraz bardziej popularną dyscypliną wśród nas biegaczy amatorów, najczęściej tylko jak wiadomo biegamy, a woda lub rower stanowią okazyjny element rekreacji, wypoczynku lub treningu...  Trening tri - uzupełniający jak go roboczo określamy w naszej paczce, jest moim zdaniem doskonałą formą budowania sprawności ogólnej, a wykorzystanie dodatkowych dwóch dyscyplin na których bazuje triathlon jest świetną formą treningu, ale również regeneracji organizmu poddawanemu tylko obciążeniom biegowym.

Triathlonowy debiut i udział w aquathlonie trochę w tym roku narozrabiał zarówno w moich startowych planach oraz centralnej jednostce sterującej, na szczęście otacza mnie grupa podobnie zwariowanych na tym punkcie wspaniałych ludzi, z którymi realizacja pasji podnosi się do potęgi n-tej. Po kilku ostatnich treningach aquathlonowych, gdzie połączyłem pływanie i bieg postanowiłem przelać trochę swoich przemyśleń w tym temacie, kiedy to płynąc widzi się pod sobą wszystko...

Z wodą otwartą miałem zawsze "problem" i choć dość dobrze pływam niezbyt pewnie czułem się poza gruntem w zasięgu kończyn dolnych, szczególnie bez asekuracji z zewnątrz. Cały czas mam w pamięci zajęcia na Gdańskim AWF, gdzie jako jedyny z roku charakteryzowałem się  "ujemną pływalnością". Nie przepadałem za tymi zajęciami choć również nigdy ich nie unikałem, wręcz przeciwnie. Czuję się w wodzie doskonale ale mając wszystko w miarę pod kontrolą, woda to żywioł i nie można jej lekceważyć. Pływać nauczyłem się sam, po trosze dzięki nieuwadze ratowników zajętych wcieraniem olejków tu i ówdzie... Metodą z gruntu do drabinki przy pomoście ,na bezdechu i dalej jakoś poszło. Czasem trochę pływałem w basenie, jednak tłok i 40 cm wody od połowy długości w moim rodzinnym mieście nie zachęcało do kontynuowania zbyt długo tej formy ruchu. Treningi pływania w wodzie otwartej rozpocząłem dopiero w tym roku, po wcześniejszej decyzji startu w 1/4 Triathlonu wspólnie z Jackiem Krawczyńskim. I jak to z reguły bywa rozpocząłem je zdecydowanie za późno... Pierwszym testem chlapania się w otwartej wodzie była nadmorska zakładka, gdzie z Jackiem po biegu postanowiliśmy popływać minimum pół zakładanego dystansu. Duża fala i wielka płycizna, trochę utrudniały poruszanie się ale jakoś 400 m poszło, z powrotem jednak szliśmy, nie dało się po prostu płynąć. Kolejne wody otwarte, to trzy pluskania w jeziorze Narie podczas pobytu na biegu o Kryształową Perłę. Było lepiej, lekki wiatr 200 - 300 metrów w te i nazad. Z racji dość czystej wody i oglądania z rozdziawioną paszczęką zbyt wielu bajek w dzieciństwie, oczyma wyobraźni widziałem pod wodą cienie przypominające wszystko... rekiny, topielce... jednym słowem masakra. No i wodorosty... wpadnięcie w podwodną roślinność nawet w piance, powodowało u mnie odruch motorówki, przynajmniej za pierwszym razem, potem było już lepiej. Choć przez wzgląd na pasję akwarysty, lubię obserwować podwodne życie, to szuwary i zielsko wszelakie w wodzie wolę zdecydowanie omijać... Przełomem było ponad kilometrowe wypłynięcie z asekuracją Darka Protasa na kajaku, przestałem myśleć o tym, że zaraz coś wciągnie mnie pod wodę... :)

DARTH KRAUL...

Kraul zawsze mnie męczył, trzeba było nauczyć się płynąć luźno dać ponieść się wodzie i wspomagającej wyporność piance. Nigdy nie brałem żadnej lekcji w tym zakresie, no może poza wspomnianą akademią, wiadomo jak to jest kiedy musisz się czegoś uczyć idzie opornie. Co innego jeśli sam chcesz coś zmienić czy osiągnąć... czytam, obserwuję, analizuję i wdrażam w życie z różnym skutkiem moją technikę szczególnie dowolną. Zauważyłem też trzy zasadnicze problemy nad którymi muszę popracować, płynąc pełnym krytym kraulem skręcam mimowolnie w lewo. Natomiast na nawrotach w lewo skręcać dosłownie nie potrafię :) Muszę też dopracować pracę rąk, nogami praktycznie nie płynę w kraulu co też jest sporą wadą - więc obie te kwestie do dość istotny szczegół. Zasadniczą częścią tej zabawy jest również pianka, może nie niezbędna w tri czy aquathlonie, ale inwestycję w ten sprzęt zdecydowanie polecam. Mój wybór padł na Speedo z Decathlonu, była dobra przecena i powiedzmy że dobry rozmiar... XL. Cóż według wzrostu sugerując się rozmiarem powinienem wybrać S / M, z tym że zapinając zamek albo bym go rozerwał albo porwał ten miękki strój... Komfort pianki jest bez apelacyjny, lepsze noszenie, wyporność i izolacja od ewentualnie chłodnej wody no i wodorostów to podstawowe zalety. Kolejne moje pływanie to dni bezpośrednio przed startem w Górznie, zabezpieczeni w bojki startowe pokonujemy z Jackiem dwa dystanse 700 metrów i 1 kilometr. W wodzie praktycznie nic nie widać, potęguje to trochę strach, ale obecność kolegi i bojka asekuracyjna dodaje pewności siebie. Start w Tri to spokojny kraul, przestanki dla ogarnięcia czasu i dystansu. 950 metrów poszło nam lepiej niż się spodziewaliśmy. Bezpośrednio po Górznie zdecydowałem się na start w Aquathlonie w Sztumie. Do przegarnięcia za siebie było jakieś 700 metrów wody. Popłynąłem na średniej naprzód tempem weneckiej gondoli, wychodząc z wody powiedzmy w połowie stawki, w sumie niedaleko za kolegami z Grupy Malbork, którzy w stanie ciekłym tlenu i wodoru spędzili trochę więcej czasu niż ja. Ostatni trening, który jak wspomniałem skłonił mnie do tego wpisu to spontaniczna zakładka 30 min wody + 5 km, zrobiona razem z Patrykiem Skrzyńskim. Z jednej strony miałem ochotę pojechać, z drugiej wiem że chłopaki pływają szybciej, że zostanę sam... wodorosty... cienie... topielce... ;) Jednak po krótkiej analizie i konsultacji taktyczno-technicznej zdecydowałem się na to poranne szaleństwo. Woda przywitała nas totalną flautą, lustro przetarte płynem do naczyń najwyższej klasy, zero kurzu.

Wypłynąłem pierwszy, zaraz za mną Patryk a chwilę za nami Jacek Manteufel. Płynęło się świetnie, poranne słońce, ciepła woda i nagle... zderzam się z czymś w wodzie... trzcina... no żesz ..... Płynąc z oddechem na dwa tempa obserwuję jak płynie Patryk, luźno, bez wysiłku. Wydaje mi się że mielę wodę w miejscu, staram się rozluźnić ciało, wyciągnąć w wodzie dać się jej ponieść, odpłynąć. Jest lepiej. Po dwóch nawrotach zawracamy do pierwszej boi, gdzieś za nami widzę Jacka, kojarzy mi się z wydrą. Opływamy boje, zdziwione mewy krążą nad nami, płyniemy do brzegu, cały czas tym samym spokojnym tempem. Kolejny trening to również połączenie pływania i biegu, z tą różnicą że tym razem popłynąłem sam... na brzegu pozostał Paweł Szymkowiak, z którym mieliśmy wspólnie wykonać dalszą część planowanej zakładki czyli 10 kilometrów biegu. Tysiąc metrów wody płynęło mi się całkiem dobrze, choć nie powiem że samotny dryf i krążące nade mną mewy dodawały jakoś szczególnie energii. Trochę walczyłem z nawigacją, zaplanowałem trasę po zewnętrznych bojek, a z powodu ich małych rozmiarów musiałem zatrzymywać się aby skontrolować swój kurs i nie znaleźć się gdzieś w trzcinach. Dopływam do brzegu, wstaję, ściągam okularki, czepek... i już wiem że taki trening będzie coraz częściej elementem mojej sportowej pasji... Serdeczności.

Z Pozdrowieniem. Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem