Od kilku ładnych lat, biegową wiosnę otwierałem w Warszawie, tamtejsza impreza jest dziesięć lat do przodu w stosunku do debiutującej w tym roku z imprezą półmaratońską Gdyni. 11 edycja stołecznej kultowej wręcz imprezy kusiła do ostatniego momentu, wyszło jednak inaczej. W pewnym sensie bardzo lubię nowe wyzwania, nowe miejsca oraz pozytywne emocje jakie na dłuższych dystansach, można z zaciekawieniem obserwować. Dystans połówki bardzo mi leży, znam gdyńskie ścieżki biegowe dość dobrze i choć stwierdzenie "nowe miejsce" do Gdyni w opisywanym przypadku średnio pasuje to postanowiłem wystartować u siebie...

Z racji przekierowania przygotowań sensomotorycznych moich podzespołów w stronę Tri, i skupienia na dość skrupulatnej realizacji treningu rozbudowanego o wodę i rower, start w Gdyni postanowiłem potraktować na zasadzie run4fun. Przy okazji zajęcowania kilku przyjaciołom, nadarzyła się również okazja do małego preludium w naszej rywalizacji z Walkiem Misiem - 18procent. Do finału jeszcze 14 tygodni, a na koncie naszej zbiórki - pomagam - gdzie wspieramy dzieciaki z Dorotkowa, uzbierała się fajna sumka. Dzięki temu małemu czelendżowi Waldek gubi wagę i trzaska znienacka życiówki, a ja działam rozpoczynając treningi wspólnie z wychowankami Ośrodka Wychowawczego w Malborku.

Każda z imprez ma jeden podobny, narastający wraz ze stażem startowym wątek, spotykasz masę znajomych. Czasem to jedna z niewielu okazji, żeby zamienić kilka słów często przerywanych przez "popraw mi agrafki", lub ograniczających się do "na ile lecisz". Niby niewiele, ale czasem taka konwersacja ma o wiele większy przekaz podprogowy, niż mogło by się wydawać. Znamy się, lubimy i szanujemy. Nakręcamy również wzajemnie pozytywną energią, to nas łączy. Tym razem "wpadłem" na kawę do Marii i Grześka vel. Wasyla Grabowskich, znam ich od początku swojej przygody z bieganiem, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że znam ich dłużej niż oni siebie ;)

Z Iwoną również znamy się kupę lat, kilka razem pracowaliśmy pod jednym pedagogicznym dachem. Oboje poszliśmy inną drogą, która bardzo często łączy nasze sportowe ścieżki. Poza tym dziewczyna ma siłę perswazji, szczególnie kiedy trzeba było mnie przekonać abym pobiegł w krótkich gaciach z obrączkami na poduszce, podczas pewnego ślubu gdzie dwa biegowe buty zwisały na spojlerze zaparkowanego przed "ołtarzem" Subaru WRC... :)

Pierwszą propozycję abym pilotował wagon weteranów na złoty czterdzieści pięć zarzucił Krzysiek, a na gapę w ostatniej chwili dołączył do nas już w Gdyni, Grzegorz... Mimo, iż w mega szczytowej formie to pewnie jeszcze przynajmniej kwartał być nie zamierzam, ucieszyłem się że mam trzymać stery tego bolidu mknącego ulicami Gdyni. To dodatkowy bodziec ale i w pewnym sensie hamulec, którego również potrzebowałem :)

Początkowy odcinek trasy do wspinaczka ulicą Świętojańską, niby nieznaczne przewyższenie ale to ono spowodowało, iż obrałem taktykę narastającej prędkości. Spokojnie, grzecznie i pomalutku po pięć trzydzieści ruszyliśmy przed siebie. Mniej więcej pamiętałem układ trasy, w który pobieżnie zerknąłem przy porannej kawie. Dawno nie pojechałem w pewnym sensie tak nie ogarnięty informacyjnie, jak tym razem. Trasa, obfitująca w zakręty to wersja, którą lubię najbardziej, podobnie jak dystans połówki. Nie ma czasu na nudy, pilnowanie optymalnego toru, skupienie na rytmie i oddechu oraz mijanej okolicy i dopingujących nas kibicach. Znaczenie ma tu nie tylko znajomość swojego organizmu ale również taktyka doprawiona zdrowym rozsądkiem.

Krzysiek ruszył lekko szybciej, Grześ leciał tuż z boku pilnując obrotów silnika. Ucięliśmy też trochę dobrej konwersacji, trochę o życiu, trochę o bieganiu w mniej więcej prawnie wyważonych proporcjach. Kasjer to mega pozytywny gość, który jak każdy kto zaufał sobie i dał się ponieść realizacji marzeń "miał Szczęście"... 

Zawody o dużej liczbie uczestników mają również jeszcze jeden ciekawy aspekt zawieszony gdzieś pomiędzy kreatywnością a inspiracją. Biegacze często charakterystycznie otagowani motywacyjnymi napisami podkreślającymi ich pasję, pokonują własne bariery i realizują swoje cele. Niebagatelną rolę pełnią także kibice i wsparcie na trasie. Przygrywające nam kapele, bębniarze i finisz w niesamowitym rytmie wybijanym przez ludzi na banerach ogrodzenia, czynią takie chwile bezcennymi. Nie wszystkie udało mi się złapać szkłem, ale kilka weszło idealnie w kadr.

Nie bój się dużego kroku.

Nie pokonasz przepaści dwoma małymi...

- David Lloyd George

Mój bieg to jak wspomniałem typowe bnp, praktycznie zawsze tak lecę. Zakładając metę w 1:45:00 przy tej taktyce musiałem zdać się na "nosa" i wbudowany gdzieś w tryby chronometr. Rozpoczynając wolniej byłem świadomy, że trzeba będzie wciąż przyspieszać... Udało się wręcz idealnie, kolejne mijane balony pacemakerów, kolejne zakręty, uśmiechnięci pozytywnie zakręceni ludzie dający dobrą energię i rozpędzający podwozie do 4:30... Praktycznie od szóstego kilometra cały czas wyprzedzałem, z wiatrem pod wiatr, z górki czy drepcząc drugą długość lokalnej "gdyńskiej golgoty". Czas na mecie 1:44:57, co dało w sumie 3 sekundy pomyłki, biomaszyna więc działa choć pozostało jeszcze trochę balastu do wyrzucenia za burtę ;)

Foto. Grzegorz "Wasyl" Grabowski

Pozytywna moc jaka bije od ludzi, którzy są szczęśliwi realizując swoją pasję jest nieprzeciętna i momentami niesamowita. Płynąc z jej prądem, znajdujesz się dokładnie tam gdzie powinieneś być. Nieważne, że czasem jest trudno ponieść głowę z poduszki o piątej rano i ogarnąć konstruktywnie kolejne kilkanaście godzin. Cud, jakim jest życie zdecydowanie jest tego warty. Siedem kwadransów spędzone wśród biegowego koktajlu dobrej energii, daje moc nie tylko na kolejne działania treningowe i zawodowe. Pozwala również wyciszyć własny system operacyjny, przed czekającym już za horyzontem zdarzeń wyzwaniem...

Serdeczności Marek Mróz.

PRZYJACIELE