Biegi w Sztumie darzę w pewien sposób specyficznym sentymentem, po pierwsze organizuje je Klub Sportowy LKS Zantyr, w którym zaczynałem swoją amatorską przygodę ze sportem, zmotywowany do tej formy ruchu przez kolegę z ówczesnej pracy Bartka Mazerskiego. Drugą stroną medalu tej sportowej gry jest fakt ponad trzynastu lat jakie tu przepracowałem, dojrzewając poniekąd do kolejnych decyzji i dalszych etapów w życiu, zarówno sportowym jak i zawodowym. Po prawie dwuletniej absencji na tutejszych ścieżkach, no może poza wodno - biegowymi zakładkami w okresie letnim, postanowiłem odwiedzić gromadkę przyjaciół ze Sztumu...

Bieg Solidarności w Sztumie to impreza z historią, organizowany już po raz XXVI zawsze zyskuje na jakości a uczestnicy mogą być pewni imprezy na bardzo dobrym poziomie. Sytuacja ta ma jedno proste i jasne wytłumaczenie, bieg organizują zapaleńcy i fachowcy w tym temacie, na czele z Ryszardem Mazerskim i Piotrem Nowosielskim oraz Marleną Nowosielską genialnie ogarniającą temat biura zawodów. Przemyślane działania organizacyjne to nie tylko układ imprezy - Biegi dla dzieci, młodzieży oraz finałowy bieg główny, ale również profesjonalne podejście do tematu - zabezpieczenie trasy, doping kibiców ( tutaj ukłon w stronę Magdy Urbanowskiej i jej szalonego punktu wsparcia na deptaku ) oraz zaplecza pobiegowego - świetnej grochówki i tradycyjnej pajdy chleba ze smalcem i ogórkiem, mniam mniam...

Generalnie dycha to nie mój klimat, mój prywatny diesel nie toleruje za bardzo wysokich obrotów jakie narzuca tempo biegu na tym dystansie. Można by co prawda pobiec lekko i spokojnie no ale zawsze znajdą się kumple, z którymi można się fajno pościgać. Lubię rywalizację gdzie mimo czystej sportowej walki, wzajemnie się wspieramy i mobilizujemy. Wiem, że w razie jakiejś niespodzianki "rywal" zatrzyma się i pomorze, nawet gdyby miał w zasięgu obrany wcześniej swój własny sportowy cel. Tego nie da się kupić, takie relacje buduję się na przyjaźni oraz dobrej energii i takich ludzi cenię sobie najbardziej.

Ruszyliśmy na pierwszą pętle, zacząłem dość dziwnie bo z początkowej części stawki, nie żebym pchał się na kreskę ale jak na moją zasadę startowania z ogona, było to dość dziwne posunięcie. Już kilkanaście kroków po starcie wiedziałem, że to nie będzie spacer a że lubię biegać bnp ( bieg o narastającej prędkości ) wiedziałem też, że sprawdzę dziś swoje hr max. Otwarcie w 4:28, zbieg nad jezioro i długa prosta deptakiem do mostku, minął mnie Leszek z Biegającego Tczewa, chwilę potem Marek z Grupy Malbork. Starałem się nie przyspieszać, znając nie tylko obecne możliwości mojego podwozia ale i wskazania łazienkowej wagi. Oddechowo w porządku, zakręt w lewo na szutrową ścieżkę, gdzieś po minucie doszedł mnie Patryk z Waniewski Coaching. Wiedziałem że tym razem "Skrzynia" leci mocniej niż w Przywidzu, więc nie założyłem za nim "sztywnego holu".

Trasa w Sztumie jest wymagająca, kilka podbiegów tylko stwarza takie niepozorne złudzenie łatwych, owszem łatwo można się na nich zagotować, jeśli zbyt optymistycznie przesadzi się z tempem. Na podbiegach zawsze skracam krok, wszak po małych schodach wchodzi się łatwiej a efekt końcowy jest dokładnie w tym samym punkcie. Generalnie na wszystkich górkach zbliżałem się do dwóch wcześniej obranych na sportowy celownik postaci, choć na zbiegach dystans wyraźnie rósł, tempo utrzymywało się na poziomie 4:30.

Końcowy etap pierwszej z dwóch pętli to płaski odcinek deptakiem, mostek, kawałek bruku i znów deptak. Kolejny lekki podbieg, zakręt w lewo i podbieg w stronę ... chciało by się napisać że mety, ale w stronę półmetka. Trochę co prawda pomagał doping kibiców i przyjaciół, ale też nie powiem żebym energetycznie emanował świeżością :) Zaczęła się druga pętla. Tempo nie spadało minąłem kolejne kilka osób, starałem skupić się na kroku i oddechu, dystans do kolejnych biegaczy wciąż topniał. Podbieg, zakręt podbieg, zbieg, podbieg, w pewnym sensie mógłbym chyba zaryzykować kiedyś bieg po ciemku, raczej bym się tutaj nie zgubił.

Ostatnie dwa kilometry postanowiłem przycisnąć, kilka piątek po drodze dodało sporo energii. Podbieg w stronę ostatniej prostej, klasyczny manewr "widzisz mnie z lewej, mijam Cię z prawej" i wrzuciłem wyższy bieg, zmuszając swojego starego diesla do wysiłku. Ostatni kaem zamknięty w 4:07 dał mi łączny czas 44 min i 59 s, co przy obecnej dyspozycji i możliwościach jest dla mnie dobrym wynikiem i świetnym treningiem przed zbliżającym się wielkimi krokami sezonem Triathlonowym. Na mecie czekały na nas piękne medale, wspomniana wyżej grochówka, dobra kawa i kompania znajomych wesołych twarzy :)

Czasem splot wydarzeń stawia nas w nowym miejscu, pozwala z innej perspektywy spojrzeć na otaczający nas świat. Na ludzi, na sport, na to co jest naszą pasją i stało się częścią naszego życia. Czasem jeden moment, może zaważyć na dalszych planach i przewrócić delikatny domek z kart, zdrowie o które dbamy i które szanujemy. Dla mnie wyścig o rekordy skończył się dawno temu, zdecydowanie bardziej wolę stawiać sobie nowe wyzwania i cele. Ich realizacja jest dużo bardziej ciekawa i daje dużo większy dreszcz emocji, niż parę sekund czy minut urwane z życiówki...

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE