Pomysł startu w triathlonowej sztafecie zaiskrzył, nieco ponad rok temu w Gniewinie. Zawody, które ukończyłem niejako siłą woli oraz wsparcia taktycznego dopingujących mnie kumpli, zostawiły po sobie szereg ciągnących się do późnych godzin nocnych ożywionych dyskusji. W jednej z nich, w zasadzie chyba już w pierwszej, padła propozycja startu we trójkę i pokonania wspólnymi siłami podobnego wyzwania w przyszłym roku. Stanęło na 1/8 pełnego dystansu. Niby niewiele, ale kiedy dwóch członków sztafety ma po raz pierwszy w życiu przypiąć numer startowy, a trzeci wciąż nie ma czasu konsekwentnie się rozpędzić, może być arcyciekawie i na pewno zabawnie...

Triathlon w Mrągowie mają swoją duszę. Jest nią przede wszystkim świetna lokalizacja samych zawodów, przylepiająca cały temat do jeziora Czos. Znane głównie z Mrągowskiego festiwalu muzyki miasteczko, to bardzo malownicza i pięknie położona miejscowość. Jadąc paczką przyjaciół postanowiliśmy zakosztować nieco więcej doświadczeń, niż tylko same zawody. Wybór padł co oczywiste na lokalne knajpki nie tylko z genialną rybą i doskonałymi napojami izotonicznymi, ale także doskonałą muzyką. Klasyką w tym roku był także rejs spacerową motorówką, którą to o mały włos nie zamieniliśmy w coś na kształt nautiliusa z "20000 mil podmorskiej żeglugi" Juliusza Verna. Cóż, kombinowanie ze środkiem ciężkości w łupinie orzecha może być ciekawe. Klasycznie też na zawodach spotkaliśmy mojego nietypowego klona. Nieznacznie, bo jakieś pół metra wyższy speaker zawodów - Marek Mróz, nadawał tym zawodom świetne tempo. A pojawiające się wątpliwości rozwiewał najczęściej fakt, iż Flip i Flap też nie byli do siebie wcale podobni...

Wyzwaniem Waldka był pierwszy etap zawodów. Woda. Choć wcześniej spędziliśmy nieco czasu nie tylko na systematycznie odwiedzanym basenie i okazjonalnie wodzie otwartej, to dwa epizody z pianką zapamiętamy na zawsze. Co prawda nie próbowaliśmy jeszcze założyć jej dołem do góry, ale było blisko. Dzień wcześniej popływaliśmy trochę po trasie, ogarniając układ boi i związaną z nimi nawigację. Sam start, masa emocji i zatroskana mina Ani wykazująca wstępne objawy paniki, okazały się niepotrzebne. Waldek mając do pokonania 475m i początkową pralkę, doskonale poradził sobie z tematem. Nasz kolega mimo sporej dawki obaw, popłynął  spokojnie i zupełnie nie przeszkodziło mu w wyjściu w połowie stawki. Waldek, dziękuję...

Druga część naszej zabawy to zadanie Jędrka - 22.5 km jazdy rowerem. Z braku lżejszego laku, start na moim nieco za małym dla Andrzeja rowerze i do tego na cyklocrossie, miał podobną wykładnię jak nasze wstępne wieczorne kalkulacje. Pojechać na spokojnie, uważać na zakrętach, mijankach i pamiętać o spd. Wcześniejszego dnia dla nabrania większej pewności siebie i zapoznania z trasą, pokonaliśmy jedną pętlę mrągowskiej trasy. Ma dość łagodny profil, jest bardzo malownicza, i świetnie zabezpieczona. Andrzej, nieprzyzwyczajony jeszcze zbyt mocno do szosowego baranka pojechał bardzo równo i przede wszystkim bezpiecznie zameldował się w strefie zmian. Andrzej, dziękuję...

Ostatnim etapem byłem ja. Biegacz i triathlonista, który ostatnie półtora roku większość czasu spędził na siłowni i praktyce ruchu. Pięć kilometrów biegu, mimo kilkudziesięciu zakrętów, mogło by się wydawać całkiem proste. Mając świadomość obecnych tu i ówdzie ograniczeń, pobiegłem zachowawczo. Najwięcej emocji to mijanka z ekipą, gdzie machinalnie biegnie się dwa razy szybciej oraz finisz. Na domiar tego, włączył mi się tryb pościgowy za poprzedzającą nas sztafetą. Nie mogłem odmówić tego i sobie i moim kolegom, choć widziałem, że za metą za to zapłacę. Klasyczny numer z obróceniem paska i udało się. Razem, ramię w ramię, wbiegliśmy na metę naszego wspólnego celu. Genialne uczucie, polecam Wam spróbować...

Mimo ogólnych i bardzo pozytywnych wrażeń, w tym roku dało się odczuć pewną dozę pójścia organizatorów na skróty. Trochę szkoda, bo to niczym łyżka dziegciu, której ogrowie zapomnieli schować gdzieś za kulisy imprezy. Sam start 1/8 po skosie na boję to spore nieporozumienie, niezgodne również z wytycznymi prospektów, które zaręczam dla debiutantów naprawdę są ważne. Świetna woda, piękna malownicza tras i nieco zatłoczona trasa biegowa, nadal pozostaną doskonałym miejscem do organizacji tych zawodów. Kto wie, może jeszcze kiedyś skierujemy tu nasze kroki.

Zwody w formule sztafety to nie tylko masa dobrej zabawy. Każdy z nas odpowiedzialny za "swój kawałek historii", stał się częścią większej całości. Każdy z nas dołożył cegiełkę do wspólnego sukcesu, dodał swoją część, swój wysiłek, swoją konsekwencję i wytrwałość. Każdy z nas dodał garść solidnej zaprawy i zbrojeń do naszej przyjaźni. Start w zawodach w Mrągowie, to nasz pierwszy wspólny triathlon. Godzinę po dotarciu na metę stało się również jasne, że na pewno nie ostatni...

Z Pozdrowieniem i Podziękowaniem dla całego zespołu - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Pliki cookie ułatwiają świadczenie naszych usług. Korzystając z naszych usług, zgadzasz się, że używamy plików cookie.