... Bażantarnia i Belweder ...

Autor. Marek Mróz

Ukryta Siła" - autorstwa Richa Roll'a biografia, opowiadająca o transformacji z zapyziałego kanapowca w jednego z najwytrzymalszych ludzi na świecie, to książka w której pierwszy raz zetknąłem się z określeniem ULTRAMAN... Zawody, w których udział opisuje Roll, to w sumie mocno rozbudowany Iron Man - połączenie 10 km pływania, 276 km jazdy rowerem i 84 km biegu rozgrywane w ciągu trzech dni. Kiedy usłyszałem o imprezie Enduroman w Elblągu, od razu myślowo odniosłem się do tej lektury i zacząłem kombinować...

Elbląskie zawody zorganizowane 24 sierpnia 2014r. przez LABO SPORT zostały również podzielone na 3 etapy - piątkowy pływacki, sobotni rowerowy i niedzielny biegowy. Zdecydowałem się na start właśnie w niedzielnym biegu wybierając dystans 15 km z trzech dostępnych: 5, 15 i 50 km. Lubię biegać w terenie, trenuję również często w Bażantarni, a taki start to również doskonały mocny trening przed czekającym niebawem nasz team górskim maratonem.

Do Elbląskiego parku wybrało się również dwóch moich kolegów z Grupy Malbork, Maciej Wlazło - wystartował na dystansie 5 km i Przemysław Ignaszewski - zmierzył się z dystansem 50 km. Trasa biegu została wytyczona malowniczymi, momentami wręcz dzikimi ścieżkami tworząc pięciokilometrową pętlę, którą zgodnie z zaplanowanym dystansem miałem pokonać 3 razy. Z reguły startuję z tyłu stawki, szczególnie na dystansach w których rozłożenie sił to podstawa, a ponieważ sporo moich treningów to tzw bieg narastająca prędkość, tu postąpiłem podobnie.

W okolicach godziny 10:00 zebraliśmy się za bramą startową i po "instruktażu" głównego sędziego zawodów wyruszyliśmy na trasę. Tupałem swoim tempem, spokojnie, zakładając wzmożoną uwagę i kontrolę trakcji na trasie. Tuż po pierwszym zakręcie i mostku czekał około kilometrowy podbieg, na którym zgodnie z moim przewidywaniem "wypstrykało" się sporo osób. Wbiegłem go bardzo spokojnie, skracając maksymalnie krok zgodnie z zasadą że "po małych schodach wchodzi się łatwiej" oszczędzałem podwozie na czekające mnie górki. Kolejna część trasy to podbiegi i zbiegi oraz kilka krótszych płaskich odcinków. Podłoże zachęcało do biegu, było a przynajmniej odniosłem takie wrażenie przygotowane do biegu wręcz "zamiecione" :) Już po pierwszej górce minąłem "sprinterów", nadal trzymając założone tempo doganiałem i wyprzedzałem kolejnych biegaczy. Dla zobrazowania profilu trasy załączam zrzut z serwisu endomondo, jak widać było wesoło...

 

Biegłem znanymi mi ścieżkami, które już niejednokrotnie pokonywałem w różnych kierunkach, znam je dość dobrze i mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać... hymmmm. Jak się okazało tylko mi się zdawało, że znam tu wszystkie ścieżki... i wiem czego się spodziewać... Już na pierwszej pętli wyraźnie odczułem swój słaby punkt, i wbrew pozorom nie były to podbiegi i podejścia a zbiegi. W zasadzie tylko na nich traciłem i tylko wtedy minęło mnie kilka osób, które jednak doganiałem na płaskich odcinkach lub wyprzedzałem idąc pod górę :) Jedno z zejść pokonywałem praktycznie marszem, cóż jakieś 10 metrów w dół nie zachęcało mnie do ryzykowania tego dnia posmakowania gleby lub drewna mostku w dole... Pierwszą większą "niespodzianką" i zarazem atrakcją był Mostek Elewów, a w zasadzie trasa która nagle skręciła przed nim w dół wprost w koryto "górskiego strumyka" Kumieli. Zejście było ciekawe, hop hop hop i znalazłem się na dole pokonując po kamieniach strumień i .... wspinając się na drugi brzeg z pomocą liny :) Super sprawa, już wiedziałem że ten bieg będzie bardzo mi się podobał. Po wydostaniu się z czeluści koryta Kumieli, czekał punkt odświeżania z wodą, z czego skwapliwie tym razem jak i na reszcie pętli regularnie korzystałem. Ruszyłem dalej pewny że trasa będzie biegła duktem w dół wzdłuż rzeczki, ku mojemu zdziwieniu skręciła w prawo... w las... i nie w dół... Rozpoczęła się wspinaczka w sumie serią niedużych przewyższeń i kilku łagodnych odcinków gdzie dotarłem do płaskiego odcinka, tam biegacze przede mną szli. Rzut oka w górę i już wiedziałem dlaczego... "Belweder" - jakieś 300 m prawie pionowego podejścia i leżąca do pomocy lina mówiły wszystko. W nogach pojawiło się znane nam biegaczom "palenie", oparłem ręce na kolana, głowa nisko, pokonać można wszystko, moc. Wszedłem, zerknąłem na gamonia, hr 191... do maxa jeszcze trochę. Zatrzymałem się, złapałem oddech i podopingowałem trochę dwóch kolegów, których minąłem na podejściu przybiliśmy piątkę i jazda w dół... >Ostatnia część pętli to ścieżka wijąca się pośród wąwozów tego pięknego parku, kilka płaskich odcinków, zwalone drzewo, skok nad strumieniem, kapiący z czapeczki pot to esencja biegania trailowego, która przenika coraz bardziej moje myśli. Trasa przez parking, nawrót i ruszyłem na drugą pętlę, tym razem świadomy tego co mnie czeka....

Pozostałe dwa okrążenia leśnymi duktami z elementami surwiwalu, pobiegłem w sumie podobnie co obrazuje powyższy scrennshot. Mimo dokuczającego mi od około 10 km pęcherza zwolniłem tylko nieznacznie, cóż nowe skarpetki na bieg to zły pomysł, już jak je zakładałem to wiedziałem że tak będzie :) Tak jak wspomniałem mocno zwalniałem na zbiegach, trochę bałem się upadku a jeden o mały włos bym zaliczył, uratowało mnie tylko okresowe zwiększenie kadencji na odcinku kilku metrów. Bieganie w terenie jest co prawda niebezpieczne i wymagające ale to zupełnie inna bajka jak klepanie kilometrów asfaltu szczególnie jeśli chodzi o treningi. Lubię biegi uliczne, ale bieganie w terenie, szczególnie w górach daje zupełnie inne wrażenia. Powietrze, zapach, szum wiatru i wody, to wszystko elektryzuje ciało i wzmaga do wysiłku. To tak jak by przełączyć się na inny tryb działania, człowiek jest wolny od trosk, obowiązków, problemów... Doświadcza się innego stanu świadomości, który jest znany tylko nam, biegaczom.

To mój drugi start w Bażantarni i na pewno nie ostatni, jeśli tylko mój sportowy kalendarz na to pozwoli będę tu wracał. Imprezę EnduroMan oceniam bardzo wysoko, mimo kameralnej ilości zawodników panowała świetna atmosfera, dopisali również kibice. Bardzo dobrze funkcjonowało także biuro i cała logistyka sztabu LaboSport. Bieg ukończyłem na 14 miejscu w open z czasem 1h 28min 04sec, zajmując 5 miejsce w kategorii w której byłem weteranem, do przysłowiowego pudła zabrakło mi 15 sekund... może gdybym nie dopingował rywali, gdybym zawiązał lepiej buty, pobiegł mocniej na zbiegach byłbym szybciej ? Może... ale czy o to chodzi w pięknie naszej pasji ? Moim zdaniem nie, bawiłem się doskonale i dziękuję wszystkim przyjaciołom za kciuki i Mega Moc. No i zapraszam Was do Bażantarni... Belweder czeka... :)

Ze sportowym Pozdrowieniem - Marek Mróz.

PRZYJACIELE