Norwegia. Tak wiem mniej więcej gdzie to jest. Preikestolen i Kjerag – Lecimy za tydzień na cztery dni. Dobra, lecę. Mniej więcej tak wyglądała organizacja spontanicznego wypadu naszej szalonej ekipy, w sam środek Skandynawii. Z racji bardzo ograniczonej ilości czasu oraz niezbyt ciekawych prognoz pogody, plan wycieczki ograniczony został do dwóch większych eskapad oraz zwiedzania okolic zakwaterowania. Jak minęło te kilka dni, jak wysoko jest na Preikestolen i jak bardzo zmokliśmy w drodze na Kierag ? Zapraszam do artykułu i kilkunastu ujęć w montażu filmowym.

Wycieczka w kierunku Norwegii rozpoczęła się klasycznie w zakresie, który niezbyt przypada do gustu mojemu postrzeganiu sił fizyki. I choć w zasadzie rozpoczęła się od podróży autem do gdańska i noclegu w zaprzyjaźnionej bazie taktycznej, to tak naprawdę rozpoczęła się na lotnisku. Coś co w mojej ocenie postrzegania praw fizyki nie powinno latać miało dostarczyć nas do celu podróży. Cóż trzmiele też nie powinny latać, a latają bo podobno nikt nie powiedział im, że nie powinny. Tego trzeba się było trzymać, czekając aż koła tego dziwnego autobusu dotkną betonowej płyty lotniska w Stavanger.



Bazą wyprawy był wynajęty w Stavanger dom. Jego mieszkańcy na czas naszej obecności zostawili nam w dyspozycji całe swoje domostwo. Włącznie z dedykowaną butelką dobrego wina i dedykacja – bawcie się dobrze. Coś niespotykanego w naszym społeczeństwie. Dla przykładu szuflady, nie zamknięte na cokolwiek z naklejoną informacją „private”, leżące swobodnie na półce mac booki lub ścianka prywatnej twórczości właścicieli. Wszystko zostawione w dokładnie takim stanie w jakim było zastane, co dla części gawiedzi może być niesamowitym wyzwaniem. Niesamowite, prawda ?


Preikestolen, czyli słynna „Kazalnica”, to miejsce, które trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Ten granitowy klif wyrasta 604 metry ponad taflę fjordu – Lysefjord, tworząc naturalny taras, który jak kamienna ambona jest zawieszony nad fiordem. Dawniej lokalnie nazywano go Hyvlatonnå, „zębem strugarskim”, ale dziś jest jedną z ikon Norwegii i jedną z jej najchętniej odwiedzanych atrakcji. Patrząc na równo uciętą ścianę skały aż trudno uwierzyć, że wszystko to „wyrzeźbił” lodowiec. Na szczycie widać nawet charakterystyczną szczelinę, która przypomina, że kiedyś i ta formacja skalna odpadnie. Choć w skali naszego życia to wciąż odległa geologiczna przyszłość, docierając tam i mając z tyłu głowy, że stoisz na czymś, co w końcu runie w dół i może to jest właśnie dzisiaj…


Droga na Preikestolen to osobna część przygody. Szlak z parkingu choć nie jest technicznie trudny, potrafi porządnie zmęczyć – zwłaszcza kiedy pogoda postanowi sprawdzić determinację turystów, szczególnie tych w tenisówkach lub klapkach. Co ciekawe, ścieżka to efekt pracy nepalskich Szerpów, którzy w ostatnich latach przebudowali ją, układając kamienne stopnie i wzmacniając najbardziej wydeptane fragmenty. Kiedyś okoliczne gospodarstwa przyjmowały tu około stu gości rocznie, dziś w sezonie tyle osób pojawia się na szlaku w kilka godzin, a rocznie miejsce odwiedza nawet kilkaset tysięcy turystów. Mimo tego tłumu, w drodze na górę i na samym szczycie wciąż da się znaleźć moment ciszy – chwile, kiedy słychać tylko własny oddech, szum wiatru i dalekie odgłosy łodzi gdzieś na fiordzie, szczególnie jeśli na Preikestolen wybierzesz się bardzo wcześnie rano.


Najbardziej w tym miejscu uderza jednak norweskie podejście do wolności. Na krawędzi klifu nie ma żadnych barierek, ostrzegawczych taśm ani płotków. Nic nie oddziela człowieka od przestrzeni – nic poza własnym rozsądkiem i ewentualnym lękiem wysokości. Można usiąść na skraju, zajrzeć w dół i poczuć to charakterystyczne mrowienie w żołądku, choć część osób podchodzi do krawędzi zupełnie swobodnie na stojąco. To samo miejsce, które dla jednych jest po prostu pięknym punktem widokowym, dla innych staje się naturalną platformą startową do skoków Base jumperów, a dla filmowców – idealnym planem zdjęciowym – to tutaj kręcono między innymi sceny do „Mission: Impossible – Fallout” czy „Wikingów”, choć w filmach klif „udaje” zupełnie inne zakątki świata. Co ciekawe z klifu nikt nie spadł „przypadkiem”, mino tego zdarzyły się sytuacje gdzie miejsce to stało się świadomym celem ostatniej podróży dla niektórych osób.
Podróżowanie uczy skromności.
Widzisz, jak niewiele miejsca zajmujesz w świecie.”
Gustave Flaubert
Preikestolen góruje nad Lysefjordem, często nazywanym „fiordem światła” z powodu jasnych granitowych ścian odbijających słońce, a gdzieś dalej w tej samej dolinie czekają kolejne wyzwania – jak Kjerag czy zaklinowany głaz Kjeragbolten, który był kojelnym celem naszej podróży – bardziej dziki, surowy i wymagający. Sam masyw skalny góruje ponad Lysefjordem, a jego najsłynniejszą „gwiazdą” jest Kjeragbolten – pięciometrowy głaz zaklinowany między dwiema ścianami skał prawie tysiąc metrów nad taflą wody. Z parkingu przy Øygardstøl rusza się od razu ostro w górę i zdecydowanie to nie jest spacer dla kanapowca.Od samego początku czekają granitowe płyty, strome podejścia, łańcuchy w skale i wszechobecny poślizg. Trasa ma w sumie około 10–11 km w obie strony, z przewyższeniem sięgającym 700–800 metrów, jest zaliczana do bardzo wymagających.


Najbardziej charakterystyczne fragmenty szlaku to te, gdzie idzie się po gładkich, wypolerowanych przez lodowiec płytach skalnych, trzymając się łańcuchów. Kiedy jest sucho zapewne daje to poczucie przygody, wspinaczki i zabawy, szczególnie kiedy z każdym metrem widoki stają się coraz bardziej „nie z tego świata”. Problem zaczyna się, gdy pogoda przypomina nam że to Norwegia. Tego dnia trafiliśmy na dość porywisty wiatr i deszcz, który zmienił trasę w śliską i niebezpieczną taflę. Mniej więcej w połowie trasy padło wewnętrzne pytanie: czy bardziej zależy nam na „odhaczeniu” zdjęcia na Kjeragbolten, czy na bezpiecznym powrocie? Patrząc, jak wiatr pcha ludzi na boki, a woda spływa po skale jak po zjeżdżalni, podjęliśmy decyzję, która z perspektywy czasu wydaje się jedyną rozsądną – zawrócić. Nie zobaczyliśmy słynnego głazu z bliska, nie stanęliśmy na nim, nie mamy spektakularnych zdjęć nad przepaścią. Spokojnie, Kjerag raczej nie spadnie, można do niego wrócić innym razem.


Korzystając z okazji i nielicznych przerw jakie postanowił zrobić sobie Pan Deszcz, pokusiliśmy się także o zwiedzenie okolic naszego zakwaterowania w Stavanger, które okazało się zupełnie innym światem niż skalne urwiska nad Lysefjordem. Zamiast surowych klifów są urocze uliczki, bielone domki i zapach morza. Spacer po brukowanej ulicy, pierwsze rzędy drewnianych, idealnie zadbanych domów w Stavanger, kwiaty w donicach, kolorowe drzwi, małe okna z firankami wyglądają jak z pocztówki. Tu wszystko dzieje się w zwolnionym tempie – ludzie siadają na ławkach, rozmawiają, piją kawę, nawet kot przeciąga się na schodach przed wejściem jakoś wolniej niż te w innych krajach. Spacerując między zabudowaniami, ma się wrażenie, że każde z nich to osobna opowieść – o rybakach, o dawnych żeglarzach, o mieście, które kiedyś żyło głównie z morza i ropy, a dziś gra też rolę spokojnej, nadmorskiej bazy dla podróżników. Klimatu dodaje okoliczna marina, w której kołyszą się łodzie – od małych jachtów po większe jednostki, które ruszają w rejsy po fiordach. To idealne miejsce, żeby na chwilę przysiąść, poobserwować ludzi, posłuchać języków z całej Europy i chłonąć to, co w Norwegii najfajniejsze – połączenie prostoty, porządku i ogromnej bliskości natury, nawet w samym środku miasta. W Stavanger łatwo zapomnieć o pośpiechu – człowiek zaczyna iść trochę wolniej, patrzeć trochę uważniej, robić zdjęcia nie tylko „atrakcjom”, ale też detalom takim jak ciekawa klamka, figurka w oknie czy fragment łodzi kołyszącej się rytmicznie przy pomoście.


Norwegia zostawiła po sobie mieszankę zachwytu i niedosytu jednocześnie, w pozytywnym znaczeniu obu tych słów. Krótka wycieczka dała nam poczuć nieco historii tego kraju, do którego trudno pojechać tylko raz. Dlatego w głowie już rodzi się kolejny plan, gdzie w przyszłym roku ruszymy do innej części Norwegii, ale też już inaczej – bo wyjazd planujemy kamperem, naszym Beniem. Więcej drogi, więcej swobody, spanie tam, gdzie akurat zachwyci widok. Norwegia wydaje się idealnym miejscem na taką przygodę – a nasza pierwsza wyprawa była chyba dopiero przedsmakiem tego, co jeszcze przed nami.
Na kanale Pasja Czyni Wolnym film z ujęć znajdziesz TUTAJ – Zapraszam.
Dobra energia dla Was – Marek Mróz.
